wtorek, 11 kwietnia 2017

Porywający koncert Any Moury we Wrocławiu (8 kwietnia 2017 r.)


Sobotni występ Any Moury we Wrocławiu był co najmniej trzecim koncertem Artystki w tym mieście – poprzednio Ana wystąpiła we Wrocławiu w marcu 2015 r. w ramach Ethno Jazz Festivalu. Tym razem przyjechała do Narodowego Forum Muzyki, by promować ostatnią płytę Moura. Był to bardzo udany koncert, podobał mi się dużo bardziej niż ten bielski z ubiegłego roku (pisałem o nim tutaj) i chyba nawet bardziej niż ten w Wiedniu, na którym byłem – też w ubiegłym roku (tutaj). Być może miała znaczenie reakcja publiczności, która we Wrocławiu reagowała na kolejne utwory dużo bardziej entuzjastycznie niż w Bielsku-Białej.

Program koncertu był bardzo podobny. Nie jestem pewny czy dobrze zapamiętałem kolejność utworów, ale to w sumie nie jest aż tak istotne... Zaczęło się od niesamowitego Moura Encantada (muz. Fado Cravo, sł. Manuela de Freitas), którego wersja live wywołuje gęsią skórkę i wprowadza fantastyczną atmosferę, która utrzymuje się przez cały koncert. Kolejnym utworem było liryczne Ai Eu (muz. Luis José Martins, sł. Pedro da Silva Martins), równie pięknie brzmiące na żywo, co na płycie. Burzę oklasków i okrzyków zebrało piękne O Meu Amor Foi Para o Brasil autorstwa Carlosa Té, które publiczność znała, niektórzy śpiewali bowiem z Artystką. Przy Fado Dançado (muz. i sł. Miguel Araújo Jorge) nogi same rwały się do tańca. Także i tym razem Ana krótko przypomniała rodowód gatunku fado i jego pochodzenie od tańca z XIX w. Nawet jeśli fado opowiada smutne historie, Portugalczycy często tańczą do jego rytmów. Dodatkową oprawą poszczególnych utworów były pojawiające się na telebimie z tyłu sceny filmy, niejako ilustrujące lub stanowiące tło do utworów. W przypadku Fado Dançado były to powtarzające się sekwencje tańczących nóg. Bardzo pomysłowe i przyjemne dla oka. Potem znowu zmienił się nastrój na bardziej refleksyjny, a to za sprawą utworu Ninharia (muz. Fado Carlos da Maia, sł. Maria do Rosário Pedreira). 
W pewnym momencie ze sceny zeszli prawie wszyscy muzycy – został tylko Ângelo Freire no i Ana Moura. Od razu domyśliłem się, że zaraz wykonają Maldição (muz. Alfredo Marceneiro, sł. Armando Vieira Pinto). Uwielbiam ten utwór i mogę słuchać godzinami. To fado Amálii Rodrigues, które Ana Moura nagrała na specjalną płytę poświęconą tej Artystce, i które wykonuje na koncertach. W Bielsku zabrakło tej pieśni i był to jeden z minusów tamtego wieczoru. We Wrocławiu wyszło po mistrzowsku, Ana dała z siebie wszystko, ale także gitara portugalska Ângelo Freire wybrzmiała niesamowicie. Publiczność sowicie wynagrodziła Artystów brawami. W przerwie koncertu (przerwa była tylko dla Any, która poszła się przebrać; w pierwszej części koncertu wystąpiła w czarnej sukience, tej samej co na poprzednich koncertach, w drugiej w złotej, która zastąpiła srebrną z poprzednich wystąpień; wg mojej teorii srebrna się „rozsypała”…) instrumentalny utwór zagrali towarzyszący Anie muzycy. Oprócz grającego na gitarze portugalskiej Ângelo Freire, na gitarze basowej zagrał André Moreira, na gitarze klasycznej Pedro Soares, na perkusji Mario Costa, a na klawiszach João Gomes. Niektórzy z nich wystąpili w muszkach, co wyglądało dosyć efektownie, co z kolei widać na zdjęciach. 
Druga część koncertu rozpoczęła się utworem Eu Entrego (muz. i sł. Edu Mundo), który na płycie Ana wykonuje razem z Omarą Portuondo. W wersji solowej wypadło równie genialnie. W dalszej kolejności był, zdaje się, spopularyzowany przez Amálię Rodrigues utwór Valentim, który Ana nagrała na tę samą płytę co Maldição (tam w nagraniu towarzyszył jej Bonga). Publiczność włączyła się do wykonania klaszcząc w rytm. 

Tego wieczoru jeden utwór Ana zaśpiewała po angielsku i był to oczywiście Lilac Wine z repertuaru Niny Simon, którego własną fadową wersję Ana nagrała na płytę Moura. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Nina Simon to jedna z najulubieńszych wokalistek Any Moury w ogóle. Też uwielbiam ten utwór zwłaszcza w wykonaniu Any, tym przyjemniej było mi znowu posłuchać go na żywo. Oprócz wymienionych piosenek Ana zaśpiewała jeszcze genialne Bailinho à Portuguesa (muz. i sł. Alberto Janes) z płyty Aconteceu i cudowne Porque Teimas Nesta Dor (muz. Carlos Gomes, sł. José Luis Gordo) z Guarda-me a Vida Nas Mãos. Trochę szkoda, że tak mało utworów z pierwszych płyt Any pojawia się obecnie na jej koncertach, z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że trudno to pogodzić, a i tak nawet połowa materiału z płyty ostatniej nie mieści się w programie. 
W pewnym momencie rozległy się dźwięki Dia da Folga (muz. i sł. Jorge Cruz) i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Publiczność klaskała w rytm muzyki, dodatkowo Ana nauczyła nas, jak się powinno klaskać do tej piosenki. Na telebimie pojawił się filmik nawiązujący do teledysku – te same elementy i klimat. Bardzo fajnie to wyglądało. No i po tej piosence, podczas której Ana przedstawiła towarzyszący jej zespół, był oficjalny koniec koncertu. Na szczęście publiczność się spisała i były bisy. I to jakie. Pięknie wykonane Locura (muz. Júlio de Sousa, sł. Frederico de Brito), dosłownie majstersztyk, do tego stopnia, że jeszcze podczas trwania tego fado było mi szkoda, że zaraz się skończy. Drugim utworem na bis było Desfado (muz. i sł. Pedro da Silva Martins), które jak zawsze porwało publiczność. Wyraźnie było widać, że Ana jest zadowolona z tego, jak wrocławianie reagują na jej muzykę. Pewnie pamiętała, że była tu już kilka razy, co na pewno miało znaczenie. 
Sama Ana, mimo iż obecnie jest po dłuższym odpoczynku od śpiewania – od stycznia do marca miała wakacje po dosyć intensywnej trasie koncertowej w ubiegłym roku – jest w doskonałej formie. Już tak mam, że pod koniec jej koncertów wydaje mi się, że trwał on dopiero chwilę, że było dopiero kilka piosenek, a już koniec... Tymczasem wrocławski koncert trwał w sumie prawie 110 minut, czyli nie tak krótko. Ale to chyba dobrze, że pozostaje niedosyt, i że od razu ma się chęć na kolejny taki występ. Oby jak najszybciej. Na razie na dalszej trasie koncertowej Any nie ma polskich miast, ale może to się jeszcze zmieni. Zawsze też można się załapać na koncerty za granicą, chociażby w Portugalii, gdzie jeszcze w kwietniu Ana zaśpiewa kilka razy. 
Jestem pod wrażeniem wrocławskiego koncertu, jeszcze dziś pisząc o nim. Siedząc na widowni zauważyłem kilka osób, które były też na koncercie w Bielsku-Białej (ale też na niedawnym wrocławskim koncercie Cristiny Branco) – ciekawe, czy mają podobne przemyślenia odnośnie tych dwóch koncertów co ja... 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz