poniedziałek, 3 października 2016

Ana Moura wystąpiła w Bielsku-Białej (29 września 2016) + KONKURS


Czwartkowy występ Any Moury w Bielsku-Białej był moim drugim koncertem tej fenomenalnej Artystki, na którym byłem, a w perspektywie jest już trzeci – we Wrocławiu w przyszłym roku. A może jeszcze coś po drodze się wydarzy? Ale na razie skupię się na minionym występie. Dodam jeszcze, choć było już o tym sporo, także na stronie my lisbon story na Facebooku, że początkowo koncert miał się odbyć 19 maja, jednak basista grający w zespole Any złamał palec prawej dłoni, co spowodowało przełożenie kilkunastu koncertów na jesień, a m.in. ten w Lublinie został odwołany.
Ale w końcu portugalska gwiazda fado przybyła do Bielska i dała niesamowite show. Niezwykle rozśpiewane, magiczne, z całą feerią dźwięków towarzyszących jej głosowi instrumentów – przede wszystkim gitary portugalskiej, ale też basowej i klasycznej, a także doskonale wpasowujących się w konwencję koncertów (ale też ostatnich płyt Any) instrumentów klawiszowych i perkusyjnych.

Tradycyjnie muzycy jako pierwsi weszli na scenę. Tego wieczoru, jak i podczas innych koncertów Any Moury Mario Costa zagrał na instrumentach perkusyjnych, João Gomes na klawiszach, Pedro Soares na gitarze klasycznej, André Moreira na gitarze basowej i niesamowity Ângelo Freire na gitarze portugalskiej. Choć tak naprawdę po tym koncercie czuję niedosyt, jeśli chodzi o grę Ângelo Freire – w Bielsku-Białej nie usłyszeliśmy zbyt wielu jego genialnych solówek, takich jakimi miałem okazję rozkoszować się chociażby na moim poprzednim koncercie Any (pisałem o nim tutaj). Czuję niedosyt.
Niedosyt czuję też w odniesieniu do całego koncertu. Przede wszystkim nie było Fado Loucura, nad którym rozpływałem się po koncercie w Wiedniu. Tam Ana zaśpiewała ten utwór na bis, w Bielsku było tylko Desfado, fakt że niezwykle udane i porywające, które publiczność wysłuchała na stojąco, trochę tańcząc, jednak to ową publiczność winię za brak Loucury, bo właściwie nie domagała się drugiego bisu. Ale może się czepiam, może po prostu nie był zaplanowany…


A zaczęło się tak, jak zaczyna się płyta Moura (pisałem o niej tutaj), którą Ana promuje podczas obecnej trasy koncertowej, czyli od cudnego Moura Encantada. Już w tym utworze Artystka w pełni pokazała walory swojego mocnego głosu, który jeszcze nie raz podczas tego koncertu spowodował pojawienie się gęsiej skórki na ciele – podejrzewam że nie tylko moim… 
Dalszy przebieg koncertu był podobny do tego w Wiedniu, nie będę więc opisywać kolejności utworów. Skupię się na różnicach. W pierwszej części nie było ich zbyt wiele. Zjawiskowo wypadły taneczne (chyba można tak o nich powiedzieć?) utwory Fado Dançado i O Meu Amor Foi Para o Brasil. Przy pierwszym z nich Ana w skrócie przypomniała, że utwór nawiązuje do muzyki z północy Portugalii oraz do tego, że w XIX w. fado było tańcem. Niestety Ana tym razem nie wykonała Maldição, było za to inne fado, którego tytułu nie rozpoznałem od razu. Teraz gdy próbuję go ustalić, w wielu słuchanych utworach słyszę ten z Bielska. Może ktoś z Was zapamiętał co to było?

André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares
Program koncertu był zaplanowany w ten sposób, że można go podzielić na dwie części oddzielone solówkami muzyków przygrywających Anie. Był to właściwie jeden dosyć długi (choć zdecydowanie krótszy niż w Wiedniu) utwór, w którym muzycy po kolei prezentowali swoje umiejętności podczas zachwycających solówek. Najbardziej podobały mi się oczywiście dokonania Ângelo Freire, być może dlatego, że nie tak często jak inne instrumenty mam okazję posłuchać na żywo gitary portugalskiej. I to w wykonaniu jej mistrza. Podczas występu muzyków Ana zeszła ze sceny, na którą wróciła w białej sukience (w pierwszej części występowała  w czarnej). Może nie do końca białej, być może był to kolor kremowy lub jakiś podobny… Moją uwagę zwróciła wysokość szpilek butów – koleżanka oszacowała, że było to co najmniej 20 cm, plus spory koturn. Podziwiam Anę, bo tańczyła przy tym na scenie, jakby występowała boso…

Bardzo miłą niespodzianką był utwór Clandestinos do Amor, który otworzył drugą część koncertu. Wcześniej pisałem, że chciałbym go usłyszeć na żywo i proszę, usłyszałem :-). Chyba jeszcze lepiej niż w Wiedniu zabrzmiał Lilac Wine, o który niektórzy z Was pytali przed i po koncercie. Było, i było piękne, pięknie zapowiedziane, jako utwór, który po przetłumaczeniu na portugalski jest idealnym fado. A przyznacie, że jeśli chodzi o muzykę, też się idealnie
wpasowuje. Doskonale zabrzmiało Eu Entrego, mimo iż bez Omary Portuondo, która towarzyszy Anie na płycie; to zresztą bardzo koncertowy utwór, na żywo słucha się go niemal jak lekarstwa kojącego smutki i troski. Zdecydowanie zyskuje live. Podobnie zresztą jak Tens Os Olhos De Deus, które tym razem nie wypadło z programu (w Wiedniu utwór pominięto, mimo iż pierwotnie miał być wykonany – Ana dała wówczas odpowiedni znak muzykom, a publiczności powiedziała, że będą małe zmiany w repertuarze w stosunku do tego, co zaplanowała). I bardzo dobrze, bo to kolejny utwór tworzący wspaniałą atmosferę koncertu. Nie zabrakło też mojego ulubionego Valentim, ulubionego zwłaszcza w tej nowej ekspresyjnej wersji Any. A potem padły pierwsze słowa z Dia Da Folga i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Prawie, bo
koncertowa wersja trwa chyba ze dwadzieścia minut, Ana namawia publiczność do akompaniamentu klaskaniem, a ta wykonuje jej polecenia z wielką chęcią. Wydaje się, że to będzie trwać wiecznie, ale niestety kończy się. Jeszcze tylko bis, o którym już wspomniałem, czyli Desfado, również przy współudziale publiczności, która już nie usiadła po tym, jak wywołała Anę i jej zespół owacjami na stojąco. A potem pozostał już tylko niedosyt, o którym wspominałem na początku. Może dobrze, że pozostał – z tym większą niecierpliwością będę czekać na kolejny koncert Any Moury. Choć tak naprawdę, chyba nie tylko ja, marzę o tym by posłuchać Any w jakimś kameralnym klubie, najlepiej lizbońskim domu fado, kameralnie, popijając czerwone wino...

João Gomes, André Moreira, Ana Moura, Ângelo Freire, Pedro Soares
A Marcin Kydryński? W sumie powinienem o nim napisać na początku, bo to on otworzył koncert. Jeśli ktoś nie wie, Ana wystąpiła w ramach organizowanego przez niego cyklu Siesta w Drodze. Pan Kydryński zapowiedział gwiazdę wieczoru w sposób całkiem fajny, powiedział o jej niepowtarzalnym głosie, jego barwie (może użył innych słów), wspomniał o samochodzie-sklepie płytowym w lizbońskiej dzielnicy Chiado, z którego często słychać właśnie Anę Morę i o tym, że nagrywała z Herbiem Hancockiem, i że występowała na scenie z Rolling Stonesami, a adorował ją Prince. Czyli to, co wiemy :-). A we wczorajszej audycji Siesta nie wspomniał o koncercie nawet słowem.


Ana Moura
Bielskie Centrum Kultury Dom Muzyki
W ramach cyklu Siesta w Drodze
Bielsko-Biała, 29 września 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania płyta Moura, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.



André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz