poniedziałek, 15 maja 2017

Iwona Słabuszewska-Krauze „Portugalka”



Pewnie czytaliście parę lat temu książkę Ostatnie fado? Jej autorka, Iwona Słabuszewska-Krauze napisała kolejną „portugalską” książkę. Bohaterką Portugalki jest Sophie, która urodziła się i wczesne dzieciństwo spędziła w Portugalii, w regionie Douro. Gdy ją poznajemy, jest młodą kobietą mieszkającą w Londynie, z rodzicami. Jednak w jej rodzinnym domu nie układa się najlepiej, bo małżeństwo jej rodziców od lat jest fikcją podtrzymywaną ze względu na dobro córki. Dlatego Sophie, która na dodatek niedawno poznała miłość swojego życia, marzy o tym, by się wyprowadzić do własnego mieszkania. Nie jest to takie proste, bo ceny nieruchomości w Londynie są ogromne, a ona, ze względu na brak stałej pracy, nie dostałaby nawet kredytu. I wtedy, chyba z okazji urodzin, ojciec podarował jej kawałek ziemi – winnicę w portugalskim Douro, gdzie mieszka jej babka Gabriela i wuj Leonardo. Ojciec stawia jednak warunek – Sophie ma złożyć kwiaty na grobie Horacia. Nic więcej nie zdradza, ani kim był Horacio, ani dlaczego to dla niego takie ważne. Jak się potem okaże, Horacio był kluczową postacią historii, z którą musiała się zmierzyć Sophie.
Tymczasem dziewczyna postanawia od razu zacząć działać i znaleźć kupca na swoją działkę. W tym celu wyrusza do Portugalii, do Quinty de São Francisco w regionie Douro, gdzie mieszkają jej krewni. Wyjawienie powodu swojej wizyty nie podoba się ani wujowi, ani tym bardziej babce, choć oficjalny powód tej niechęci nie jest znany Sophie. Jednak czytelnik wie trochę więcej niż dziewczyna i może snuć domysły, co wciąga w lekturę. A wie więcej, bo książka rozpoczyna się sceną mającą miejsce jesienią 1982 r., w której Gabriela i Leonardo budują mur i rozmawiają o kimś, kto zabił i nie poniósł kary, a zabił najbliższą im osobę – dla Gabrieli syna, dla Leonarda brata.
Jednak podczas tej pierwszej wizyty czujność Sophie jest jeszcze jakby uśpiona. Dowiaduje się, że sprzedanie jej ziemi nie będzie wcale takie łatwe, wuj uruchamia jednak pewne kontakty i trzeba czekać. Dopiero po jakimś czasie, gdy nasza bohaterka już prawie przestała myśleć o sprzedaży, pojawił się potencjalny kupiec. Sophie pakuje się niemal od razu i leci do Portugalii. Wszystko byłoby w porządku, gdyby się nie okazało, że ziemię chce kupić nie kto inny, jak Camila Hernandez. Gdy Leonard usłyszał jej nazwisko jako kupca, zemdlał, a babka wcale nie przyjęła tego faktu lepiej. Dlaczego? Tego właśnie dowiecie się czytając Portugalkę. Warto poznać tę historię – mam nadzieję, że moje powyższe wprowadzenie do niej zachęciło Was, bo taki był mój cel. Okazuje się, że są w niej też polskie wątki, a dokładniej Polką była Gabriela, która wiele lat temu poznała swojego męża Anglika na statku do Stanów Zjednoczonych. Los sprawił, że tych dwoje wzięło ślub i zamieszkało w Porto, gdzie rodzina zajmowała się produkcją porto. Porto zresztą jest ważnym bohaterem powieści. Rodzina Sophie od lat jest jego uznanym producentem, choć nie jakimś wielkim, to jednak ważnym i mającym stałych klientów. Autorka, która przygotowując się do pisania książki dokładnie poznała zasady jego produkcji, zwiedzała i poznawała quinty zajmujące się produkcją, obrazowo i rzeczowo przedstawiła czytelnikom tajniki powstawania tego pysznego trunku. Poznajemy je razem z Sophie, która do tej pory nie wiedziała za wiele o rodzinnej produkcji, a która trochę z ciekawości, trochę z nudy zagląda do pomieszczeń, w których stoją kadzie, gdzie ugniata się owoce na wino, albo do piwnic, w których leżakuje porto. Razem z Sophie poznajemy też przyrodę Douro, okoliczne miasteczka i żyjących w nich ludzi.
Nie jest to książka o miłości, ale pojawia się ona nie jeden raz. Na przykład w opowieściach Gabrieli, która przekazuje Sophie historię rodziny, w tym swoją własną zaczynając od jej wyjazdu z Polski dziesiątki lat temu. Innym razem bohaterem miłosnej sprawy jest Leonardo, stary kawaler, choć właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nawet teraz jest atrakcyjny, do tego mądry, przedsiębiorczy… W końcu trudno byłoby napisać powieść o ludzkich historiach, w której nie byłoby wątków miłosnych… Jednak jest to książka przede wszystkim, tak mi się wydaje, o odkrywaniu siebie (nie tylko przez Sophie, ale też pozostałych bohaterów), odkrywaniu i poznawaniu własnej przeszłości, która dotąd, o wiele za  długo, była skrywana pod wymyśloną, dawno temu przybraną powłoką nie do końca prawdziwej historii. Różnica pomiędzy bohaterami jest taka, że Sophie odkrywa ją po raz pierwszy, a pozostali na nowo, porzucając uprzedzenia, skrywane w sercach żale i otwierając się na tych, którzy wydawali się wrogami.

środa, 26 kwietnia 2017

Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic. Lizbona” + KONKURS

Najnowsza książka Marcina Kydryńskiego nie jest całkiem nowa. To właściwie powtórne wydanie książki Lizbona. Muzyka moich ulic, która ukazała się w 2013 r. W nowym wydaniu zmienił się format książki i zdjęcie na okładce (w poprzednim znalazło się ono wewnątrz książki). Są też nowe zdjęcia, a niektórych starych brakuje. Nie ma też numeracji rozdziałów. To na pierwszy rzut oka. I niech to na razie wystarczy. Porównania nie są aż tak istotne, zwłaszcza że nie pisałem tutaj o poprzedniej książce (gdy ją czytałem, nie było jeszcze tego bloga).
Autor, w tekście na okładce, wyraża nadzieję, że jego historia może być pomocna osobom, które wyruszą do Lizbony i wybiorą się na długie spacery po tym pięknym mieście jego śladami. I rzeczywiście, książka będzie pomocna. Tym, którzy w stolicy Portugalii byli chociażby raz pozwoli na wspominanie odwiedzanych miejsc, może spotykanych ludzi, słyszanych dźwięków i odczuwanych zapachów. Tym, którzy się wybiorą w przyszłości narysuje piękny obraz Lizbony, niewątpliwie jednego z najpiękniejszych miast świata. I nie wątpię, że po przeczytaniu tej książki nie znajdzie się nawet jedna osoba, która nie będzie chciała zobaczyć Lizbony.
Muzyka moich ulic. Lizbona to przede wszystkim książka o muzyce w Lizbonie. Tak ja ją odbieram. Ale także o fotografii – autor niejako wyjaśnia, a może usprawiedliwia się, skąd takie a nie inne zdjęcia ilustrują jego opowieść. Na pierwszych stronach dowiadujemy się także, skąd pomysł jej napisania. Przeczytamy też, skąd się wzięła Lizbona w życiu Marcina Kydryńskiego, i jaki w tym udział miała Mariza. Mariza zresztą pojawia się w książce nie raz, autor spotyka ją i w Lizbonie i w Polsce, nie tylko na gruncie zawodowym. Nie jest zresztą jedyną muzyczną osobistością, z których udziałem historie poznajemy w tej książce. Jest Beto Betuk, Camané z braćmi Pedrem i Helderem Moutinho, jest wspaniały Carlos do Carmo. Jest cudowna Sara Tavares, nawet Melody Gardot (choć podglądana tylko ukradkiem) i Carminho (jednak w tym przypadku wolałbym przeczytać o Artystce co innego…). Jest też Tito Paris i Yami, są wirtuozi gitary portugalskiej Angelo Freire, José Manuel Neto i Luís Guerreiro. Podczas muzycznych spacerów autor przedstawia nam koncertującą czasami także u nas Donę Rosę, która w Lizbonie woli śpiewać na Rua Augusta, przygrywającego na gitarze, będącego pewnego rodzaju wizytówką pejzażu miasta Wilfredo, którego sam często spotykałem w okolicach Portas do Sol (a którego ponoć już tam nie ma), czy Elenę, która śpiewa i gra na akordeonie od lat jeden i ten sam motyw i nadal tego nie potrafi. Pojawia się też zespół Guents Dy Rincon, którego podczas ostatniego pobytu w Lizbonie słuchałem na Miradouro de Sao Pedro de Alcantara.
Poznajemy Clube de Fado i jego szefa Mário Pacheco (który wraz z ekipą gościł dopiero co na gdańskim Siesta Festivalu), ważne miejsce w książce, jak i zapewne w życiu autora zajmuje klub Mesa de Frades. Znajdował się on zresztą tuż obok jego mieszkania w Alfamie. Także o mieszkaniu możemy co nieco poczytać w książce, ba, nawet bez problemu zlokalizować je w przestrzeni Alfamy – Marcin Kydryński bowiem dosyć dokładnie opisuje okolicę, w której mieszka w Lizbonie. Ze swojego mieszkania zabiera nas zresztą na spacer ulicami miasta. Poznajemy jego ulubione kafejki i restauracje – nie tylko w Alfamie ale także w Mourarii, Bairro Alto czy Chiado. Sunąc powolnym krokiem, opowiada nam, co go w danym miejscu zaciekawiło, gdzie najlepiej usiąść na kawę, w którym miejscu spotkał Marizę albo gdzie zabrał go na lancz Camané. Cały czas pojawiają się dygresje na przeróżne tematy, związane z muzyką, fotografią, rodziną, płytą Anny Marii Jopek Sobremesa… Przyjemnie się to czyta, za każdym razem dowiadujemy się czegoś ciekawego o Lizbonie i jej atrakcjach. Podobna do mojej prywatnej refleksja autora dotyczy palmy w Portas do Sol (którą nazywam moją palmą) – też nie wyobrażam sobie, że w przyszłości może jej zabraknąć, a kiedyś to się pewnie stanie (w jej pobliżu, przy wejściu do Restaurante Portas do Sol rosła jeszcze kilka lat temu inna palma i pewnego razu po prostu jej nie było…).
Jest też rozdział o literaturze. Podobne odczucia jak autor miałem czytając Nocny pociąg do Lizbony Pascala Merciera – jakby autor pisał o mieście, w którym nigdy nie był. Znalazło się też miejsce dla Requiem Antonia Tabucchiego, książek Rok śmierci Richarda Reisa José Saramago i Noc w Lizbonie Ericha Marii Remarque’a, a także kilku innych.

Jest w tej książce wiele wątków, które przeplatają się z innymi i tworzą piękną opowieść o ukochanej Lizbonie. Nie będę ich wszystkich analizował, bo po pierwsze nie jestem w tym najlepszy, a po drugie moim celem jest tylko zainteresować Was książką, a nie dokładnie ją streszczać. I szczerze Wam polecam, zwłaszcza jeśli nie czytaliście pierwszego wydania, i mimo iż podczas lektury parę rzeczy mnie irytowało. Już wyjaśniam co. Na okładce czytamy „Z pierwszej wersji sporo usunąłem. Sporo dopisałem”. Nie pamiętam tej pierwszej wersji na tyle, by wiedzieć co zostało wycięte, natomiast z dopisanych rzeczy jest na pewno Posłowie do drugiego wydania…, które w pewnym sensie wyjaśniło moje zastrzeżenia, które pojawiały się w trakcie lektury. Znajduje się ono jednak dopiero na końcu książki, tymczasem w trakcie czytania przeszkadzał mi brak aktualizacji wielu ważnych informacji. We fragmencie o przebiegu kariery Yamiego nie ma ani słowa o tym, że teraz gra on z Marizą. Przy informacji o tym dlaczego Ângelo Freire nie gra już z Marizą nie ma słowa o tym, że zastąpił go José Manuel Neto, o którym jest zresztą spora wzmianka. No i dopiero w Posłowiu pojawia się informacja, że budynek z muralami José Saramago i jego żony Pilar od jakiegoś czasu już nie istnieje… To tylko kilka faktów, których aktualizacja moim zdaniem powinna się znaleźć w książce. Jest ich więcej, zostały wymienione w Posłowiu, więc w sumie wszystko jest ok. Nie zmienia to mojej oceny książki, którą szczerze Państwu polecam. A samo Posłowie odebrałem jako pewnego rodzaju gorycz, która pojawiła się u Marcina Kydryńskiego na skutek tego, że Lizbona się zmienia, i że nie są to jego zdaniem zmiany na lepsze. Mam nadzieję, że mimo wszystko nadal pozostanie dla niego drugim domem i miejscem, z którego czerpie muzycznie.

Marcin Kydryński
Muzyka moich ulic. Lizbona
Edipresse Książki 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki. Wydawca jest też fundatorem nagrody w konkursie, w którym do wygrania jest opisana wyżej książka. Znajdziecie go tutaj lub w prawym menu tego bloga. Wystarczy odpowiedzieć na proste pytanie, by wziąć udział w losowaniu jednego egzemplarza książki.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Porywający koncert Any Moury we Wrocławiu (8 kwietnia 2017 r.)


Sobotni występ Any Moury we Wrocławiu był co najmniej trzecim koncertem Artystki w tym mieście – poprzednio Ana wystąpiła we Wrocławiu w marcu 2015 r. w ramach Ethno Jazz Festivalu. Tym razem przyjechała do Narodowego Forum Muzyki, by promować ostatnią płytę Moura. Był to bardzo udany koncert, podobał mi się dużo bardziej niż ten bielski z ubiegłego roku (pisałem o nim tutaj) i chyba nawet bardziej niż ten w Wiedniu, na którym byłem – też w ubiegłym roku (tutaj). Być może miała znaczenie reakcja publiczności, która we Wrocławiu reagowała na kolejne utwory dużo bardziej entuzjastycznie niż w Bielsku-Białej.

Program koncertu był bardzo podobny. Nie jestem pewny czy dobrze zapamiętałem kolejność utworów, ale to w sumie nie jest aż tak istotne... Zaczęło się od niesamowitego Moura Encantada (muz. Fado Cravo, sł. Manuela de Freitas), którego wersja live wywołuje gęsią skórkę i wprowadza fantastyczną atmosferę, która utrzymuje się przez cały koncert. Kolejnym utworem było liryczne Ai Eu (muz. Luis José Martins, sł. Pedro da Silva Martins), równie pięknie brzmiące na żywo, co na płycie. Burzę oklasków i okrzyków zebrało piękne O Meu Amor Foi Para o Brasil autorstwa Carlosa Té, które publiczność znała, niektórzy śpiewali bowiem z Artystką. Przy Fado Dançado (muz. i sł. Miguel Araújo Jorge) nogi same rwały się do tańca. Także i tym razem Ana krótko przypomniała rodowód gatunku fado i jego pochodzenie od tańca z XIX w. Nawet jeśli fado opowiada smutne historie, Portugalczycy często tańczą do jego rytmów. Dodatkową oprawą poszczególnych utworów były pojawiające się na telebimie z tyłu sceny filmy, niejako ilustrujące lub stanowiące tło do utworów. W przypadku Fado Dançado były to powtarzające się sekwencje tańczących nóg. Bardzo pomysłowe i przyjemne dla oka. Potem znowu zmienił się nastrój na bardziej refleksyjny, a to za sprawą utworu Ninharia (muz. Fado Carlos da Maia, sł. Maria do Rosário Pedreira). 
W pewnym momencie ze sceny zeszli prawie wszyscy muzycy – został tylko Ângelo Freire no i Ana Moura. Od razu domyśliłem się, że zaraz wykonają Maldição (muz. Alfredo Marceneiro, sł. Armando Vieira Pinto). Uwielbiam ten utwór i mogę słuchać godzinami. To fado Amálii Rodrigues, które Ana Moura nagrała na specjalną płytę poświęconą tej Artystce, i które wykonuje na koncertach. W Bielsku zabrakło tej pieśni i był to jeden z minusów tamtego wieczoru. We Wrocławiu wyszło po mistrzowsku, Ana dała z siebie wszystko, ale także gitara portugalska Ângelo Freire wybrzmiała niesamowicie. Publiczność sowicie wynagrodziła Artystów brawami. W przerwie koncertu (przerwa była tylko dla Any, która poszła się przebrać; w pierwszej części koncertu wystąpiła w czarnej sukience, tej samej co na poprzednich koncertach, w drugiej w złotej, która zastąpiła srebrną z poprzednich wystąpień; wg mojej teorii srebrna się „rozsypała”…) instrumentalny utwór zagrali towarzyszący Anie muzycy. Oprócz grającego na gitarze portugalskiej Ângelo Freire, na gitarze basowej zagrał André Moreira, na gitarze klasycznej Pedro Soares, na perkusji Mario Costa, a na klawiszach João Gomes. Niektórzy z nich wystąpili w muszkach, co wyglądało dosyć efektownie, co z kolei widać na zdjęciach. 
Druga część koncertu rozpoczęła się utworem Eu Entrego (muz. i sł. Edu Mundo), który na płycie Ana wykonuje razem z Omarą Portuondo. W wersji solowej wypadło równie genialnie. W dalszej kolejności był, zdaje się, spopularyzowany przez Amálię Rodrigues utwór Valentim, który Ana nagrała na tę samą płytę co Maldição (tam w nagraniu towarzyszył jej Bonga). Publiczność włączyła się do wykonania klaszcząc w rytm. 

Tego wieczoru jeden utwór Ana zaśpiewała po angielsku i był to oczywiście Lilac Wine z repertuaru Niny Simon, którego własną fadową wersję Ana nagrała na płytę Moura. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Nina Simon to jedna z najulubieńszych wokalistek Any Moury w ogóle. Też uwielbiam ten utwór zwłaszcza w wykonaniu Any, tym przyjemniej było mi znowu posłuchać go na żywo. Oprócz wymienionych piosenek Ana zaśpiewała jeszcze genialne Bailinho à Portuguesa (muz. i sł. Alberto Janes) z płyty Aconteceu i cudowne Porque Teimas Nesta Dor (muz. Carlos Gomes, sł. José Luis Gordo) z Guarda-me a Vida Nas Mãos. Trochę szkoda, że tak mało utworów z pierwszych płyt Any pojawia się obecnie na jej koncertach, z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że trudno to pogodzić, a i tak nawet połowa materiału z płyty ostatniej nie mieści się w programie. 
W pewnym momencie rozległy się dźwięki Dia da Folga (muz. i sł. Jorge Cruz) i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Publiczność klaskała w rytm muzyki, dodatkowo Ana nauczyła nas, jak się powinno klaskać do tej piosenki. Na telebimie pojawił się filmik nawiązujący do teledysku – te same elementy i klimat. Bardzo fajnie to wyglądało. No i po tej piosence, podczas której Ana przedstawiła towarzyszący jej zespół, był oficjalny koniec koncertu. Na szczęście publiczność się spisała i były bisy. I to jakie. Pięknie wykonane Locura (muz. Júlio de Sousa, sł. Frederico de Brito), dosłownie majstersztyk, do tego stopnia, że jeszcze podczas trwania tego fado było mi szkoda, że zaraz się skończy. Drugim utworem na bis było Desfado (muz. i sł. Pedro da Silva Martins), które jak zawsze porwało publiczność. Wyraźnie było widać, że Ana jest zadowolona z tego, jak wrocławianie reagują na jej muzykę. Pewnie pamiętała, że była tu już kilka razy, co na pewno miało znaczenie. 
Sama Ana, mimo iż obecnie jest po dłuższym odpoczynku od śpiewania – od stycznia do marca miała wakacje po dosyć intensywnej trasie koncertowej w ubiegłym roku – jest w doskonałej formie. Już tak mam, że pod koniec jej koncertów wydaje mi się, że trwał on dopiero chwilę, że było dopiero kilka piosenek, a już koniec... Tymczasem wrocławski koncert trwał w sumie prawie 110 minut, czyli nie tak krótko. Ale to chyba dobrze, że pozostaje niedosyt, i że od razu ma się chęć na kolejny taki występ. Oby jak najszybciej. Na razie na dalszej trasie koncertowej Any nie ma polskich miast, ale może to się jeszcze zmieni. Zawsze też można się załapać na koncerty za granicą, chociażby w Portugalii, gdzie jeszcze w kwietniu Ana zaśpiewa kilka razy. 
Jestem pod wrażeniem wrocławskiego koncertu, jeszcze dziś pisząc o nim. Siedząc na widowni zauważyłem kilka osób, które były też na koncercie w Bielsku-Białej (ale też na niedawnym wrocławskim koncercie Cristiny Branco) – ciekawe, czy mają podobne przemyślenia odnośnie tych dwóch koncertów co ja...