Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic. Lizbona” + KONKURS

Najnowsza książka Marcina Kydryńskiego nie jest całkiem nowa. To właściwie powtórne wydanie książki Lizbona. Muzyka moich ulic, która ukazała się w 2013 r. W nowym wydaniu zmienił się format książki i zdjęcie na okładce (w poprzednim znalazło się ono wewnątrz książki). Są też nowe zdjęcia, a niektórych starych brakuje. Nie ma też numeracji rozdziałów. To na pierwszy rzut oka. I niech to na razie wystarczy. Porównania nie są aż tak istotne, zwłaszcza że nie pisałem tutaj o poprzedniej książce (gdy ją czytałem, nie było jeszcze tego bloga).
Autor, w tekście na okładce, wyraża nadzieję, że jego historia może być pomocna osobom, które wyruszą do Lizbony i wybiorą się na długie spacery po tym pięknym mieście jego śladami. I rzeczywiście, książka będzie pomocna. Tym, którzy w stolicy Portugalii byli chociażby raz pozwoli na wspominanie odwiedzanych miejsc, może spotykanych ludzi, słyszanych dźwięków i odczuwanych zapachów. Tym, którzy się wybiorą w przyszłości narysuje piękny obraz Lizbony, niewątpliwie jednego z najpiękniejszych miast świata. I nie wątpię, że po przeczytaniu tej książki nie znajdzie się nawet jedna osoba, która nie będzie chciała zobaczyć Lizbony.
Muzyka moich ulic. Lizbona to przede wszystkim książka o muzyce w Lizbonie. Tak ja ją odbieram. Ale także o fotografii – autor niejako wyjaśnia, a może usprawiedliwia się, skąd takie a nie inne zdjęcia ilustrują jego opowieść. Na pierwszych stronach dowiadujemy się także, skąd pomysł jej napisania. Przeczytamy też, skąd się wzięła Lizbona w życiu Marcina Kydryńskiego, i jaki w tym udział miała Mariza. Mariza zresztą pojawia się w książce nie raz, autor spotyka ją i w Lizbonie i w Polsce, nie tylko na gruncie zawodowym. Nie jest zresztą jedyną muzyczną osobistością, z których udziałem historie poznajemy w tej książce. Jest Beto Betuk, Camané z braćmi Pedrem i Helderem Moutinho, jest wspaniały Carlos do Carmo. Jest cudowna Sara Tavares, nawet Melody Gardot (choć podglądana tylko ukradkiem) i Carminho (jednak w tym przypadku wolałbym przeczytać o Artystce co innego…). Jest też Tito Paris i Yami, są wirtuozi gitary portugalskiej Angelo Freire, José Manuel Neto i Luís Guerreiro. Podczas muzycznych spacerów autor przedstawia nam koncertującą czasami także u nas Donę Rosę, która w Lizbonie woli śpiewać na Rua Augusta, przygrywającego na gitarze, będącego pewnego rodzaju wizytówką pejzażu miasta Wilfredo, którego sam często spotykałem w okolicach Portas do Sol (a którego ponoć już tam nie ma), czy Elenę, która śpiewa i gra na akordeonie od lat jeden i ten sam motyw i nadal tego nie potrafi. Pojawia się też zespół Guents Dy Rincon, którego podczas ostatniego pobytu w Lizbonie słuchałem na Miradouro de Sao Pedro de Alcantara.
Poznajemy Clube de Fado i jego szefa Mário Pacheco (który wraz z ekipą gościł dopiero co na gdańskim Siesta Festivalu), ważne miejsce w książce, jak i zapewne w życiu autora zajmuje klub Mesa de Frades. Znajdował się on zresztą tuż obok jego mieszkania w Alfamie. Także o mieszkaniu możemy co nieco poczytać w książce, ba, nawet bez problemu zlokalizować je w przestrzeni Alfamy – Marcin Kydryński bowiem dosyć dokładnie opisuje okolicę, w której mieszka w Lizbonie. Ze swojego mieszkania zabiera nas zresztą na spacer ulicami miasta. Poznajemy jego ulubione kafejki i restauracje – nie tylko w Alfamie ale także w Mourarii, Bairro Alto czy Chiado. Sunąc powolnym krokiem, opowiada nam, co go w danym miejscu zaciekawiło, gdzie najlepiej usiąść na kawę, w którym miejscu spotkał Marizę albo gdzie zabrał go na lancz Camané. Cały czas pojawiają się dygresje na przeróżne tematy, związane z muzyką, fotografią, rodziną, płytą Anny Marii Jopek Sobremesa… Przyjemnie się to czyta, za każdym razem dowiadujemy się czegoś ciekawego o Lizbonie i jej atrakcjach. Podobna do mojej prywatnej refleksja autora dotyczy palmy w Portas do Sol (którą nazywam moją palmą) – też nie wyobrażam sobie, że w przyszłości może jej zabraknąć, a kiedyś to się pewnie stanie (w jej pobliżu, przy wejściu do Restaurante Portas do Sol rosła jeszcze kilka lat temu inna palma i pewnego razu po prostu jej nie było…).
Jest też rozdział o literaturze. Podobne odczucia jak autor miałem czytając Nocny pociąg do Lizbony Pascala Merciera – jakby autor pisał o mieście, w którym nigdy nie był. Znalazło się też miejsce dla Requiem Antonia Tabucchiego, książek Rok śmierci Richarda Reisa José Saramago i Noc w Lizbonie Ericha Marii Remarque’a, a także kilku innych.

Jest w tej książce wiele wątków, które przeplatają się z innymi i tworzą piękną opowieść o ukochanej Lizbonie. Nie będę ich wszystkich analizował, bo po pierwsze nie jestem w tym najlepszy, a po drugie moim celem jest tylko zainteresować Was książką, a nie dokładnie ją streszczać. I szczerze Wam polecam, zwłaszcza jeśli nie czytaliście pierwszego wydania, i mimo iż podczas lektury parę rzeczy mnie irytowało. Już wyjaśniam co. Na okładce czytamy „Z pierwszej wersji sporo usunąłem. Sporo dopisałem”. Nie pamiętam tej pierwszej wersji na tyle, by wiedzieć co zostało wycięte, natomiast z dopisanych rzeczy jest na pewno Posłowie do drugiego wydania…, które w pewnym sensie wyjaśniło moje zastrzeżenia, które pojawiały się w trakcie lektury. Znajduje się ono jednak dopiero na końcu książki, tymczasem w trakcie czytania przeszkadzał mi brak aktualizacji wielu ważnych informacji. We fragmencie o przebiegu kariery Yamiego nie ma ani słowa o tym, że teraz gra on z Marizą. Przy informacji o tym dlaczego Ângelo Freire nie gra już z Marizą nie ma słowa o tym, że zastąpił go José Manuel Neto, o którym jest zresztą spora wzmianka. No i dopiero w Posłowiu pojawia się informacja, że budynek z muralami José Saramago i jego żony Pilar od jakiegoś czasu już nie istnieje… To tylko kilka faktów, których aktualizacja moim zdaniem powinna się znaleźć w książce. Jest ich więcej, zostały wymienione w Posłowiu, więc w sumie wszystko jest ok. Nie zmienia to mojej oceny książki, którą szczerze Państwu polecam. A samo Posłowie odebrałem jako pewnego rodzaju gorycz, która pojawiła się u Marcina Kydryńskiego na skutek tego, że Lizbona się zmienia, i że nie są to jego zdaniem zmiany na lepsze. Mam nadzieję, że mimo wszystko nadal pozostanie dla niego drugim domem i miejscem, z którego czerpie muzycznie.

Marcin Kydryński
Muzyka moich ulic. Lizbona
Edipresse Książki 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki. Wydawca jest też fundatorem nagrody w konkursie, w którym do wygrania jest opisana wyżej książka. Znajdziecie go tutaj lub w prawym menu tego bloga. Wystarczy odpowiedzieć na proste pytanie, by wziąć udział w losowaniu jednego egzemplarza książki.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Porywający koncert Any Moury we Wrocławiu (8 kwietnia 2017 r.)


Sobotni występ Any Moury we Wrocławiu był co najmniej trzecim koncertem Artystki w tym mieście – poprzednio Ana wystąpiła we Wrocławiu w marcu 2015 r. w ramach Ethno Jazz Festivalu. Tym razem przyjechała do Narodowego Forum Muzyki, by promować ostatnią płytę Moura. Był to bardzo udany koncert, podobał mi się dużo bardziej niż ten bielski z ubiegłego roku (pisałem o nim tutaj) i chyba nawet bardziej niż ten w Wiedniu, na którym byłem – też w ubiegłym roku (tutaj). Być może miała znaczenie reakcja publiczności, która we Wrocławiu reagowała na kolejne utwory dużo bardziej entuzjastycznie niż w Bielsku-Białej.

Program koncertu był bardzo podobny. Nie jestem pewny czy dobrze zapamiętałem kolejność utworów, ale to w sumie nie jest aż tak istotne... Zaczęło się od niesamowitego Moura Encantada (muz. Fado Cravo, sł. Manuela de Freitas), którego wersja live wywołuje gęsią skórkę i wprowadza fantastyczną atmosferę, która utrzymuje się przez cały koncert. Kolejnym utworem było liryczne Ai Eu (muz. Luis José Martins, sł. Pedro da Silva Martins), równie pięknie brzmiące na żywo, co na płycie. Burzę oklasków i okrzyków zebrało piękne O Meu Amor Foi Para o Brasil autorstwa Carlosa Té, które publiczność znała, niektórzy śpiewali bowiem z Artystką. Przy Fado Dançado (muz. i sł. Miguel Araújo Jorge) nogi same rwały się do tańca. Także i tym razem Ana krótko przypomniała rodowód gatunku fado i jego pochodzenie od tańca z XIX w. Nawet jeśli fado opowiada smutne historie, Portugalczycy często tańczą do jego rytmów. Dodatkową oprawą poszczególnych utworów były pojawiające się na telebimie z tyłu sceny filmy, niejako ilustrujące lub stanowiące tło do utworów. W przypadku Fado Dançado były to powtarzające się sekwencje tańczących nóg. Bardzo pomysłowe i przyjemne dla oka. Potem znowu zmienił się nastrój na bardziej refleksyjny, a to za sprawą utworu Ninharia (muz. Fado Carlos da Maia, sł. Maria do Rosário Pedreira). 
W pewnym momencie ze sceny zeszli prawie wszyscy muzycy – został tylko Ângelo Freire no i Ana Moura. Od razu domyśliłem się, że zaraz wykonają Maldição (muz. Alfredo Marceneiro, sł. Armando Vieira Pinto). Uwielbiam ten utwór i mogę słuchać godzinami. To fado Amálii Rodrigues, które Ana Moura nagrała na specjalną płytę poświęconą tej Artystce, i które wykonuje na koncertach. W Bielsku zabrakło tej pieśni i był to jeden z minusów tamtego wieczoru. We Wrocławiu wyszło po mistrzowsku, Ana dała z siebie wszystko, ale także gitara portugalska Ângelo Freire wybrzmiała niesamowicie. Publiczność sowicie wynagrodziła Artystów brawami. W przerwie koncertu (przerwa była tylko dla Any, która poszła się przebrać; w pierwszej części koncertu wystąpiła w czarnej sukience, tej samej co na poprzednich koncertach, w drugiej w złotej, która zastąpiła srebrną z poprzednich wystąpień; wg mojej teorii srebrna się „rozsypała”…) instrumentalny utwór zagrali towarzyszący Anie muzycy. Oprócz grającego na gitarze portugalskiej Ângelo Freire, na gitarze basowej zagrał André Moreira, na gitarze klasycznej Pedro Soares, na perkusji Mario Costa, a na klawiszach João Gomes. Niektórzy z nich wystąpili w muszkach, co wyglądało dosyć efektownie, co z kolei widać na zdjęciach. 
Druga część koncertu rozpoczęła się utworem Eu Entrego (muz. i sł. Edu Mundo), który na płycie Ana wykonuje razem z Omarą Portuondo. W wersji solowej wypadło równie genialnie. W dalszej kolejności był, zdaje się, spopularyzowany przez Amálię Rodrigues utwór Valentim, który Ana nagrała na tę samą płytę co Maldição (tam w nagraniu towarzyszył jej Bonga). Publiczność włączyła się do wykonania klaszcząc w rytm. 

Tego wieczoru jeden utwór Ana zaśpiewała po angielsku i był to oczywiście Lilac Wine z repertuaru Niny Simon, którego własną fadową wersję Ana nagrała na płytę Moura. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Nina Simon to jedna z najulubieńszych wokalistek Any Moury w ogóle. Też uwielbiam ten utwór zwłaszcza w wykonaniu Any, tym przyjemniej było mi znowu posłuchać go na żywo. Oprócz wymienionych piosenek Ana zaśpiewała jeszcze genialne Bailinho à Portuguesa (muz. i sł. Alberto Janes) z płyty Aconteceu i cudowne Porque Teimas Nesta Dor (muz. Carlos Gomes, sł. José Luis Gordo) z Guarda-me a Vida Nas Mãos. Trochę szkoda, że tak mało utworów z pierwszych płyt Any pojawia się obecnie na jej koncertach, z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że trudno to pogodzić, a i tak nawet połowa materiału z płyty ostatniej nie mieści się w programie. 
W pewnym momencie rozległy się dźwięki Dia da Folga (muz. i sł. Jorge Cruz) i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Publiczność klaskała w rytm muzyki, dodatkowo Ana nauczyła nas, jak się powinno klaskać do tej piosenki. Na telebimie pojawił się filmik nawiązujący do teledysku – te same elementy i klimat. Bardzo fajnie to wyglądało. No i po tej piosence, podczas której Ana przedstawiła towarzyszący jej zespół, był oficjalny koniec koncertu. Na szczęście publiczność się spisała i były bisy. I to jakie. Pięknie wykonane Locura (muz. Júlio de Sousa, sł. Frederico de Brito), dosłownie majstersztyk, do tego stopnia, że jeszcze podczas trwania tego fado było mi szkoda, że zaraz się skończy. Drugim utworem na bis było Desfado (muz. i sł. Pedro da Silva Martins), które jak zawsze porwało publiczność. Wyraźnie było widać, że Ana jest zadowolona z tego, jak wrocławianie reagują na jej muzykę. Pewnie pamiętała, że była tu już kilka razy, co na pewno miało znaczenie. 
Sama Ana, mimo iż obecnie jest po dłuższym odpoczynku od śpiewania – od stycznia do marca miała wakacje po dosyć intensywnej trasie koncertowej w ubiegłym roku – jest w doskonałej formie. Już tak mam, że pod koniec jej koncertów wydaje mi się, że trwał on dopiero chwilę, że było dopiero kilka piosenek, a już koniec... Tymczasem wrocławski koncert trwał w sumie prawie 110 minut, czyli nie tak krótko. Ale to chyba dobrze, że pozostaje niedosyt, i że od razu ma się chęć na kolejny taki występ. Oby jak najszybciej. Na razie na dalszej trasie koncertowej Any nie ma polskich miast, ale może to się jeszcze zmieni. Zawsze też można się załapać na koncerty za granicą, chociażby w Portugalii, gdzie jeszcze w kwietniu Ana zaśpiewa kilka razy. 
Jestem pod wrażeniem wrocławskiego koncertu, jeszcze dziś pisząc o nim. Siedząc na widowni zauważyłem kilka osób, które były też na koncercie w Bielsku-Białej (ale też na niedawnym wrocławskim koncercie Cristiny Branco) – ciekawe, czy mają podobne przemyślenia odnośnie tych dwóch koncertów co ja... 




czwartek, 8 grudnia 2016

Carlos Martins „Absence” – jazzowa uczta z Portugalii




Niemałą niespodziankę otrzymałem ostatnio  jako prezent urodzinowy, a mianowicie płytę koncertującego niedawno portugalskiego jazzmana Carlosa Martinsa Absence. Na dodatek płyta jest z dedykacją – możecie ją odczytać na zamieszczonym poniżej zdjęciu.

Przyznam się szczerze, że nie znałem dotąd twórczości tego Artysty, teraz dopiero nadrabiam zaległości, bo płyta okazała się niesłychanie ciekawa. Ukazała się w 2014 r. po kilkuletniej przerwie od poprzedniego krążka. Przerwa spowodowana była różnymi muzycznymi projektami, w których Carlos Martins brał udział, w końcu jednak powstało Absence. Płyta jest dedykowana artyście o nazwisku Bernardo Sassetti, portugalskiemu jazzmanowi i kompozytorowi muzyki filmowej zmarłemu przedwcześnie w 2012 r. i jest niejako inspirowana jego talentem jako artysty i człowieka. Płyta składa się z prostych i melodyjnych tematów jazzowych, którym towarzyszą intensywne emocje przeżywane przez kompozytora, którym jest sam Martins (z wyjątkiem trzech utworów; dwa z nich skomponował Bernando Sassetti, a jeden z nich to kompozycja Charliego Hadena). Jest odą do milczenia, chwilą kontemplacji w której dąży się do wewnętrznej duchowości, a jej słuchanie wprowadza nas niejako do duchowego świata Artysty, w którym określa on czas, życie i nieustanne dążenie do nowych doświadczeń. Wszytko to znajduje odzwierciedlenie na płycie, w muzyce i sposobie jej grania. Jak podkreśla muzyk, nie chciał nagrywać kolejnej płyty z amerykańskim czy europejskim jazzem, chciał by to było coś bardziej portugalskiego, jednocześnie łącząc fascynację książką Idiota Dostojewskiego (i cytatem „Świat będzie zbawiony przez piękno”), która też była inspiracją przy pisaniu muzyki.


Carlos Martins (źródło zdjęcia tutaj)

Carlos Martins jest uważany za jednego z najlepszych portugalskich muzyków jazzowych, co potwierdza przyznany mu tytuł najlepszej płyty jazzowej 2008 r. za album Água, poprzedzający Absence.W sumie nagrał siedem autorskich albumów sygnowanych własnym nazwiskiem i każdy z nich zdobył jakąś nagrodę. Współpracował z wieloma wybitnymi muzykami z całego świata – m.in. z Bernardo Sassettim, Cindy Blackman i George’m Garzone.

Artysta dał koncert 18 października tego roku w ramach festiwalu PalmJazz w Gliwicach. Wystąpił razem z Carlos Martins Quartet w skład którego weszli muzycy, którzy pojawili się na płycie Absence. Carlos Martins zagrał na saksofonie tenorowym, który jest jego instrumentem wiodącym. Ponadto pojawili się Mario Delgado, który zagrał na gitarach, Carlos Barretto na kontrabasie i Alexander Frazão na perkusji.


Autoria: Carlos Martins Absence
Sons da Lusofonia 2014

Dedykacja dla mnie na płycie Carlosa Martinsa Absence

A fragmentu grania Carlosa Martinsa możecie posłuchać tutaj:



poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mariza zaśpiewała w Bielsku-Białej na zakończenie trasy „Mundo” 2016 (30 listopada 2016)

Mariza podczas koncertu w Bielsku-Białej (źródło zdjęcia tutaj)

W niecodziennej scenerii, bo urządzonej w kościele pw. św. Maksymiliana Kolbe w Bielsku-Białej wystąpiła Mariza na zakończenie swojej trasy promującej Mundo w tym roku. Dalsza część trasy będzie, ale w przyszłym roku – teraz Mariza ma zamiar odpoczywać, co oznajmiła na bielskim koncercie. Niektórzy z Was zastanawiali się, ja sam zresztą też, jak będzie brzmiał ten koncert w kościele. Otóż koncert brzmiał świetnie, bo akustyka tego miejsca jest idealna na koncerty, ale to jego jedyna zaleta. Siedząc w niewygodnych kościelnych ławkach słuchacz miał wrażenie, że od razu pokutuje za to, że tak wielką przyjemność czerpie z tego, co na scenie. Ja się tak czułem. No i kościół sam sobie też nie jest ładny, a scena kojarzyła mi się z rozstawionym na środku rusztowaniem. Niestety takie były moje odczucia koncertowe, które potem, na skutek samego występu Marizy nieco się ociepliły, ale ogólnie koncertu w tym kościele nie polecam. Dodatkowo miejsca były nienumerowane, co oburzało nie tylko mnie.

A sam koncert Marizy? Jak zawsze, a to już mój trzeci, na najwyższym poziomie. Mariza jest w świetnej formie, miała dobry humor, żartowała z publicznością i rewelacyjnie śpiewała. Zmieniła też układ piosenek w stosunku do tego, co było w Krakowie wiosną i właściwie naprzemiennie śpiewała piosenki z Mundo i starsze utwory fado. Nie całe Mundo wybrzmiało tego wieczoru. Mi zabrakło Almy, bo jakoś bardzo polubiłem ten kawałek, nie było też Melhor de Mim, natomiast w utworze Caprichosa basy miejscami zagłuszały wokal Artystki. Ale to był jedyny moment niezgrania wokalu z muzyką i ewentualnych minusów.

Zastanwiałem się czy będzie Primavera, którą Mariza śpiewa chyba zawsze, i była, jakże pięknie wybrzmiała późną jesienią. Bardzo wzruszająco, przepięknie wypadł utwór Chuva, po prostu najlepsze wykonanie, jakie dotąd słyszałem. Był też utwór Recusa, z płyty Transparente, też zjawiskowo zaśpiewany. Równie pięknie jak Chuva zabrzmiał zadedykowany Marcinowi Kydryńskiemu utwór Meu Fado (niejako w podziękowaniu za umieszczenie go wiele lat temu na płycie Siesta 2), podobnie jak Terra. Przy utworze Rosa Branca Mariza jak zwykle zachęcała publiczność do śpiewania, i o dziwo wyszło całkiem nieźle, aż Artystka sięgnęła po telefon i nagrała filmik – możecie go zobaczyć na Facebooku Marizy (tutaj lub w udostępnieniu na My Lisbon Story). Publiczność śpiewała też frazę do utworu Padoce de Céu Azul – też poszło całkiem nieźle. Z kolei Meu Amor Pequenino Artystka jak zwykle zadedykowała mężowi, z myślą o którym powstała ta piosenka. Utwór Missangas rozpoczął się niecodziennym intro, chyba wtedy Mariza miała wejść przebrana w drugą sukienkę, czego nie zrobiła. Jak powiedziała, musiałaby iść się przebrać do innego budynku, przez mróz i śnieg, i została cały wieczór w jednej, całkiem zresztą przyjemnej kreacji. 

Tak jak donosiliście z innych koncertów, pierwszy bis był zaśpiewany i zagrany akustycznie wśród publiczności, podczas drugiej piosenki Artystka obeszła publiczność, i jak zawsze było nastrojowo i bajecznie. A potem był już koniec, a na zewnątrz mróz i śnieg… Koncert trwał ponad dwie godziny, a wydawało się, że minęło może 40 minut.
Marizie towarzyszył zespół w składzie: Pedro Jóia (gitarze akustyczna), José Manuel Neto (gitara portugalska), Yami (gitara basowa), Vicky Marques (perkusja). Jedną z piosenek, jak pisałem wyżej, Mariza zadedykowała Marcinowi Kydryńskiemu. Zaznaczyła wówczas że wie, iż nie podoba mu się jej ostatnia płyta, dla niej jednak, jak powiedziała, jest ona najlepsza.

Koncert odbył się w ramach Siesty w Drodze, a jego współorganizatorem było BCK - Bielskie Centrum Kultury. Mariza śpiewała w Bielsku-Białej po raz pierwszy.


Mariza podczas bielskiego koncertu (źródło zdjęcia tutaj)

poniedziałek, 3 października 2016

Ana Moura wystąpiła w Bielsku-Białej (29 września 2016) + KONKURS


Czwartkowy występ Any Moury w Bielsku-Białej był moim drugim koncertem tej fenomenalnej Artystki, na którym byłem, a w perspektywie jest już trzeci – we Wrocławiu w przyszłym roku. A może jeszcze coś po drodze się wydarzy? Ale na razie skupię się na minionym występie. Dodam jeszcze, choć było już o tym sporo, także na stronie my lisbon story na Facebooku, że początkowo koncert miał się odbyć 19 maja, jednak basista grający w zespole Any złamał palec prawej dłoni, co spowodowało przełożenie kilkunastu koncertów na jesień, a m.in. ten w Lublinie został odwołany.
Ale w końcu portugalska gwiazda fado przybyła do Bielska i dała niesamowite show. Niezwykle rozśpiewane, magiczne, z całą feerią dźwięków towarzyszących jej głosowi instrumentów – przede wszystkim gitary portugalskiej, ale też basowej i klasycznej, a także doskonale wpasowujących się w konwencję koncertów (ale też ostatnich płyt Any) instrumentów klawiszowych i perkusyjnych.

Tradycyjnie muzycy jako pierwsi weszli na scenę. Tego wieczoru, jak i podczas innych koncertów Any Moury Mario Costa zagrał na instrumentach perkusyjnych, João Gomes na klawiszach, Pedro Soares na gitarze klasycznej, André Moreira na gitarze basowej i niesamowity Ângelo Freire na gitarze portugalskiej. Choć tak naprawdę po tym koncercie czuję niedosyt, jeśli chodzi o grę Ângelo Freire – w Bielsku-Białej nie usłyszeliśmy zbyt wielu jego genialnych solówek, takich jakimi miałem okazję rozkoszować się chociażby na moim poprzednim koncercie Any (pisałem o nim tutaj). Czuję niedosyt.
Niedosyt czuję też w odniesieniu do całego koncertu. Przede wszystkim nie było Fado Loucura, nad którym rozpływałem się po koncercie w Wiedniu. Tam Ana zaśpiewała ten utwór na bis, w Bielsku było tylko Desfado, fakt że niezwykle udane i porywające, które publiczność wysłuchała na stojąco, trochę tańcząc, jednak to ową publiczność winię za brak Loucury, bo właściwie nie domagała się drugiego bisu. Ale może się czepiam, może po prostu nie był zaplanowany…


A zaczęło się tak, jak zaczyna się płyta Moura (pisałem o niej tutaj), którą Ana promuje podczas obecnej trasy koncertowej, czyli od cudnego Moura Encantada. Już w tym utworze Artystka w pełni pokazała walory swojego mocnego głosu, który jeszcze nie raz podczas tego koncertu spowodował pojawienie się gęsiej skórki na ciele – podejrzewam że nie tylko moim… 
Dalszy przebieg koncertu był podobny do tego w Wiedniu, nie będę więc opisywać kolejności utworów. Skupię się na różnicach. W pierwszej części nie było ich zbyt wiele. Zjawiskowo wypadły taneczne (chyba można tak o nich powiedzieć?) utwory Fado Dançado i O Meu Amor Foi Para o Brasil. Przy pierwszym z nich Ana w skrócie przypomniała, że utwór nawiązuje do muzyki z północy Portugalii oraz do tego, że w XIX w. fado było tańcem. Niestety Ana tym razem nie wykonała Maldição, było za to inne fado, którego tytułu nie rozpoznałem od razu. Teraz gdy próbuję go ustalić, w wielu słuchanych utworach słyszę ten z Bielska. Może ktoś z Was zapamiętał co to było?

André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares
Program koncertu był zaplanowany w ten sposób, że można go podzielić na dwie części oddzielone solówkami muzyków przygrywających Anie. Był to właściwie jeden dosyć długi (choć zdecydowanie krótszy niż w Wiedniu) utwór, w którym muzycy po kolei prezentowali swoje umiejętności podczas zachwycających solówek. Najbardziej podobały mi się oczywiście dokonania Ângelo Freire, być może dlatego, że nie tak często jak inne instrumenty mam okazję posłuchać na żywo gitary portugalskiej. I to w wykonaniu jej mistrza. Podczas występu muzyków Ana zeszła ze sceny, na którą wróciła w białej sukience (w pierwszej części występowała  w czarnej). Może nie do końca białej, być może był to kolor kremowy lub jakiś podobny… Moją uwagę zwróciła wysokość szpilek butów – koleżanka oszacowała, że było to co najmniej 20 cm, plus spory koturn. Podziwiam Anę, bo tańczyła przy tym na scenie, jakby występowała boso…

Bardzo miłą niespodzianką był utwór Clandestinos do Amor, który otworzył drugą część koncertu. Wcześniej pisałem, że chciałbym go usłyszeć na żywo i proszę, usłyszałem :-). Chyba jeszcze lepiej niż w Wiedniu zabrzmiał Lilac Wine, o który niektórzy z Was pytali przed i po koncercie. Było, i było piękne, pięknie zapowiedziane, jako utwór, który po przetłumaczeniu na portugalski jest idealnym fado. A przyznacie, że jeśli chodzi o muzykę, też się idealnie
wpasowuje. Doskonale zabrzmiało Eu Entrego, mimo iż bez Omary Portuondo, która towarzyszy Anie na płycie; to zresztą bardzo koncertowy utwór, na żywo słucha się go niemal jak lekarstwa kojącego smutki i troski. Zdecydowanie zyskuje live. Podobnie zresztą jak Tens Os Olhos De Deus, które tym razem nie wypadło z programu (w Wiedniu utwór pominięto, mimo iż pierwotnie miał być wykonany – Ana dała wówczas odpowiedni znak muzykom, a publiczności powiedziała, że będą małe zmiany w repertuarze w stosunku do tego, co zaplanowała). I bardzo dobrze, bo to kolejny utwór tworzący wspaniałą atmosferę koncertu. Nie zabrakło też mojego ulubionego Valentim, ulubionego zwłaszcza w tej nowej ekspresyjnej wersji Any. A potem padły pierwsze słowa z Dia Da Folga i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Prawie, bo
koncertowa wersja trwa chyba ze dwadzieścia minut, Ana namawia publiczność do akompaniamentu klaskaniem, a ta wykonuje jej polecenia z wielką chęcią. Wydaje się, że to będzie trwać wiecznie, ale niestety kończy się. Jeszcze tylko bis, o którym już wspomniałem, czyli Desfado, również przy współudziale publiczności, która już nie usiadła po tym, jak wywołała Anę i jej zespół owacjami na stojąco. A potem pozostał już tylko niedosyt, o którym wspominałem na początku. Może dobrze, że pozostał – z tym większą niecierpliwością będę czekać na kolejny koncert Any Moury. Choć tak naprawdę, chyba nie tylko ja, marzę o tym by posłuchać Any w jakimś kameralnym klubie, najlepiej lizbońskim domu fado, kameralnie, popijając czerwone wino...

João Gomes, André Moreira, Ana Moura, Ângelo Freire, Pedro Soares
A Marcin Kydryński? W sumie powinienem o nim napisać na początku, bo to on otworzył koncert. Jeśli ktoś nie wie, Ana wystąpiła w ramach organizowanego przez niego cyklu Siesta w Drodze. Pan Kydryński zapowiedział gwiazdę wieczoru w sposób całkiem fajny, powiedział o jej niepowtarzalnym głosie, jego barwie (może użył innych słów), wspomniał o samochodzie-sklepie płytowym w lizbońskiej dzielnicy Chiado, z którego często słychać właśnie Anę Morę i o tym, że nagrywała z Herbiem Hancockiem, i że występowała na scenie z Rolling Stonesami, a adorował ją Prince. Czyli to, co wiemy :-). A we wczorajszej audycji Siesta nie wspomniał o koncercie nawet słowem.


Ana Moura
Bielskie Centrum Kultury Dom Muzyki
W ramach cyklu Siesta w Drodze
Bielsko-Biała, 29 września 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania płyta Moura, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.



André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares