Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizbona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizbona. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 sierpnia 2016
Cerâmica S. Vicente - fascynująca pracownia w Lizbonie
W Lizbonie, przy rua de São Vicente 31, mieści się pracowania ceramiki i fajansu, w której tworzy artystka Cristina Pina. Nazwa sklepu widoczna na wizytówce brzmi Cerâmica - Azulejaria e Faianças de S. Vicente. Weszliśmy tam przez przypadek, prawdopodobnie coś ciekawego widniało w witrynie wystawowej, i okazało się, że było to nadzwyczaj trafione posunięcie. Wnętrza tej niewielkiej pracowni kryją bowiem wiele ciekawych dla oka elementów, na które składają się jej wyposażenie służące do produkcji ceramiki, jak i gotowe produkty ustawione na półkach. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie stół, przy którym powstają ceramiczne dzieła zanim trafią do pieca. Stoją na nim przyrządy, chwilę temu używane do malowania czy lepienia.
W pierwszej części jest coś na wzór sklepu, w którym można oglądać i kupować gotowe prace, stoi tu też wspomniany stół. Część druga to typowy warsztat z piecem do wypalania ceramiki,choć i tutaj na ścianach wiszą azulejos, stoją na półeczkach czy nawet leżą na podłodze.
Cristina Pina tworzy prace, które są jej własną autorską twórczością, lub takie, które ktoś u niej zamówił. Mogą to być zarówno azulejos z tradycyjnymi motywami, nawet odwzorowujące jakieś konkretne ilustracje, lub popularne wzory niekoniecznie najwyższej próby, lecz realizowane na zamówienie, których przykłady są na zdjęciach. Produkowane tutaj kafelki nie są tanie, ale to nie dziwi po poznaniu sposobu i jakości ich produkcji. Warto wejść do środka, nawet jeśli niczego się nie kupuje - można nacieszyć oko, a przy okazji uciąć pogawędkę z artystką czy pracownikiem sklepu.
Nie mam zdjęć Cristiny Piny, można jednak ją dojrzeć na fotografiach, które uchwyciły zdjęcia artystki wiszące w pracowni.
Zdjęcia: Krzysztof Rosenberger, Tomasz Giza
niedziela, 7 sierpnia 2016
Lizbońskie wątki w powieści Anny B. Kann „Powrót do Barcelony” + KONKURS
Powrót do Barcelony nie jest książką wymagającą ani
specjalnie ambitną czy skierowaną do wyszukanego odbiorcy. Nie chcę przez to napisać,
że to powieść płytka, i tylko ktoś o niewyrafinowanym guście czytelniczym
będzie się nią cieszyć. Jest to lektura z serii lekkich, łatwych i przyjemnych, w sam
raz do pociągu, czy do poczytania pod drzewem w letnie upalne popołudnie.
Niewątpliwą zaletą powieści są opisy dwóch pięknych miast – Barcelony i
Lizbony, a także dwóch charakteryzujących te miasta obszarów kultury – flamenco
i fado. Nas oczywiście bardziej interesuje Lizbona i fado, zresztą tylko ze
względu na nie sięgnąłem po Powrót do Barcelony (zasugerowała mi to jedna z czytelniczek
my lisbon story, za co dziękuję!).
Powrót do Barcelony jest drugą częścią historii zawartej
wcześniej w Do zobaczenia w Barcelonie – być może zechcecie przeczytać w
tej kolejności, jeśli jednak ktoś jak ja chce pominąć część pierwszą, też tak
można. Bohaterką historii jest 40-letnia prawniczka Ewa, która ma problemy w
małżeństwie, zakochuje się w nauczycielu flamenco, gorącycm Hiszpanie, potem wyrusza do Hiszpanii w
pogoni za miłością i ratowaniem siebie i swojego życia. To tak krótko, upraszczając.
Potem sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo jej ukochany okazuje się być
niewierny, co nasza bohaterka odkrywa przypadkiem. Postanawia opuścić Barcelonę
i swojego chłopaka, nie wie jednak, co dalej. Na lotnisku wsiada do samolotu do
Lizbony, z myślą, że tam zbierze myśli i zastanowi się, jakich dokonać wyborów.
Dalsza część książki to ta, która najbardziej mnie
zainteresowała, czyli zdarzenia opisane po przylocie bohaterki do Portugalii. Muszę przyznać, że przywoływane opisy Lizbony, miejsca i sytuacje są
opisane bardzo rzetelnie. Ba, są nawet przypisy wyjaśniające niezrozumiałe
kwestie, wątki historyczne lub po prostu sytuacje niejasne dla kogoś, kto
Lizbony czy jej zwyczajów nie zna. Byłem pozytywnie zaskoczony i spodobała mi
się ta część bardzo. Mogłaby nawet, w kryzysowej sytuacji,zastąpić przewodnik turystyczny komuś, kto przypadkiem znalazł się w Lizbonie z tą tylko powieścią... A może przesadzam?
Są przechadzki po mieście szlakiem kawiarni, nostalgicznych
miejsc i zwyczajnych atrakcji. Są spacery szlakiem knajpek z fado, a w jedej z nich występuje nawet Polka..., spacery magiczną
lizbońską nocą, którą większość z nas zna i pewnie kocha… Ewa poznaje w Lizbonie pewną dziewczynę, Polkę mieszkającą tu na stałe, która przybliża jej uroki miasta. Ale poznanie Lizbony
przedstawionej w tej książce pozostawiam Wam drodzy Czytelnicy, tak jak i
Waszej konfrontacji ze znaną Wam Lizboną i Waszymi odczuciami odnośnie
portugalskiej stolicy, jej klimatu i magii.Opisanie tutaj szczegółow zepsułoby Wam lekturę, do czego w żaden sposób nie chcę doprowadzić.
Kolejne strony powieści rozwiązują perypetie bohaterki w
sposób nieco zaskakujący, autorka wprowadza w niej bowiem wątki kryminalne (?),
które doprowadzają do końca ten etap historii Ewy. Przy okazji dowiadujemy się,
jaki związek z całą opowieścią ma historia kobiety opisana w pierwszym
rozdziale – dla mnie początkowo był to trochę niejasny wstęp, który długo nie
łączył się z całością. Być może po prostu niezbyt uważnie czytałem, a może rzeczywiście brakowało mi początku historii, tej opisanej w Do zobaczenia w Barcelonie?
Anna B. Kann
Powrót do Barcelony
Pascal 2015
Jeden egzemplarz powieści można wygrać w konkursie, którego szczegóły znajdziecie tutaj lub w zakładce Konkursy w prawym menu tego bloga.
Anna B. Kann
Powrót do Barcelony
Pascal 2015
Jeden egzemplarz powieści można wygrać w konkursie, którego szczegóły znajdziecie tutaj lub w zakładce Konkursy w prawym menu tego bloga.
wtorek, 19 kwietnia 2016
„(nie)ciągłość. Portugalia w XX wieku od upadku monarchii do Rewolucji Goździków” + KONKURS
25 kwietnia 2014 r. w warszawskim Domu Spotkań z Historią
odbył się wernisaż niecodziennej wystawy – z okazji 40. rocznicy Rewolucji
Goździków w Portugalii. Przy okazji ukazał się wspaniały katalog, który był nie tylko
elementem towarzyszącym wystawie, ale także samodzielnym wydawnictwem.
Wspominałem o wystawie w poście sprzed roku (tutaj),
ale nie miałem jeszcze wówczas książki, dlatego postanowiłem napisać o niej
przy okazji zbliżającej się już 42. rocznicy Rewolucji Goździków. Dodatkowym
powodem jest to, że Dom Spotkań z Historią przekazał dwa egzemplarze książki,
które są nagrodą w konkursie.
Zdjęcia i podpisy pod nimi pochodzą ze strony wystawy, którą znajdziecie tutaj.
KONKURS
Wystawa była organizowana przez Dom Spotkań z Historią oraz Instytut
Camõesa w Warszawie, obie te instytucje są wydawcami katalogu.
Podobnie jak wystawa, książka zawiera 120 zdjęć, które dotąd
w Polsce nie były znane. Pochodzą z archiwów portugalskich dzienników „Diário
de Notícias” i „O Século” oraz fotografa Abla Resende i miłośnika i pasjonata
Coimbry Fernanda Marquesa znanego pod pseudonimem „Formidávela”. Te zdjęcia są
w większości anonimowe. 25 zdjęć zamieszczonych w ostatnim rozdziale zrobił Alfredo Cunha w dniu wybuchu rewolucji
– 25 kwietnia 1974 r.
Kuratorem wystawy był Rui Prata, dyrektor Muzeum Obrazu w
Bradze. W książęce jest jego wstęp, w którym czytamy między innymi: „Odwiedziłem
najważniejsze archiwa prasowe, szukałem też w mniejszych zbiorach. Spośród
tysięcy obrazów wiele musiałem odrzucić. Przyjąłem podwójne kryterium: z jednej
strony swoje wybory uzależniałem od wartości estetycznej fotograficznego
spojrzenia i obecnych w nim śladów różnych nurtów fotografii dokumentalnej; z
drugiej strony – poszukiwałem jak najwierniejszego przedstawienia realiów każdego
momentu. Starałem się uciec od ilustracyjnego ukazania instytucjonalnego obrazu
kolejnych reżimów i ich ceremoniału, aby położyć nacisk na obyczaje
zróżnicowanych mikrokosmosów, które razem tworzą społeczeństwo. Narracją
wystawy rządzi chronologia wydarzeń – przede wszystkim tych o charakterze
politycznym. Obserwujemy ludzi wyobcowanych z teatru politycznego, skromnych i
wierzących, którzy wznoszą ręce do nieba; którzy pogodzeni ze swoim losem
przebiegają palcami po strunach gitary; również takich, którzy starają się
zapomnieć o goryczy codziennego życia podczas wycieczek na plażę czy wizyt w
wesołym miasteczku.”
Wstępy do książki napisały też inne osobowości, wśród
których jest Ambasador Portugalii w Warszawie Maria Amélia Paiva, która
napisała: „Przede wszystkim pragnę podziękować wszystkim mężczyznom i kobietom,
dzięki którym wydarzenia 25 kwietnia 1974 stały się możliwe – bez ich wysiłku
nie mogłabym teraz kierować do Państwa tych słów jako ambasador Portugalii,
bowiem przed Rewolucją dyplomacja była jedną z wielu ścieżek kariery
niedostępnych dla kobiet”.
Natomiast Piotr Jakubowski, dyrektor Domu Spotkań z
Historią, napisał: „W przypadku wystawy (Nie)ciągłość
materiał został zgromadzony dzięki szerokiej, precyzyjnie zaplanowanej
kwerendzie, obejmującej najważniejsze dla wspomnianego sposobu rejestrowania
przeszłości zbiory fotograficzne w Portugalii. W efekcie otrzymujemy
fascynującą panoramę życia społecznego na przestrzeni siedmiu dekad minionego
stulecia”.
Z kolei João Brás Jorge, prezes zarządu Banku Millennium,
sponsora katalogu, pisze o więzach łączących Polskę i Portugalię, które w
ostatnich latach się umacniają, oraz o tym, co da wystawa Polakom: „Wystawa
obejmuje historię blisko siedemdziesięciu lat, dotąd słabo znaną szerszej
polskiej publiczności. Wiedza o tym okresie będzie dostępna wszystkim
zainteresowanym przez najbliższe cztery miesiące – a nawet dłużej, dzięki
towarzyszącemu ekspozycji katalogowi”.
W książce wypowiada się też prof. João Carlos Espada,
dyrektor Instytutu Studiów Politycznych na Portugalskim Uniwersytecie
katolickim w Lizbonie. Analizuje on w krótkim wstępie rolę Polski i Portugalii
jako liderów trzeciej fali demokratyzacji na świecie: „Wiele nieoczywistych
elementów […] łączy Polskę i Portugalię. Jednym z nich, o którym często się
zapomina, jest centralna rola obu narodów (geograficznie usytuowanych na
peryferiach Europy) w powstawaniu i szerzeniu się trzeciej fali demokratyzacji
na świecie”.
Zamieszczone w książce fotografie są pogrupowane w kilku
rozdziałach, opatrzonych notą historyczną José Miguela Sardicy (fragmenty
publikacji O Século XX Português) oraz, w ostatnim rozdziale, amerykańskiego
politologa Samuela P. Huntingtona (fragmenty wydanej również w Polsce przez PWN
publikacji Trzecia fala demokratyzacji;
wyd. I w 1995 r.). Kolejne rozdziały przybliżają nam w wielkim skrócie historię
Portugalii w XX w., co daje przeciętnemu polskiemu czytelnikowi obraz tego
kraju od początku ubiegłego stulecia do wybuchu rewolucji i upadku dyktatury. Tym, którzy
prezentowanej historii nie znają zapewne to wystarczy (na początek), a
pozostałych pewnie zachęci do dalszej lektury na temat dziejów tego niezwykłego
kraju leżącego gdzieś na zachodnich krańcach Europy. Wszystkie teksty w książce, także podpisy
zdjęć, są w językach polskim, portugalskim i angielskim, co czyni ją zrozumiałą
niemal dla każdego.
Pierwsza część to Upadek monarchii i I Republika. Poznajemy
tutaj fakty dotyczące kryzysu monarchii konstytucyjnej i jej upadku włącznie z
zabójstwem króla i następcy tronu, co miało zasadniczy wpływ na dalsze losy
ustroju. Towarzyszące rozdziałowi fotografie obrazują portugalskie
społeczeństwo w tym okresie i wydarzenia mające istotny wpływ na nadchodzące
zmiany. Jedno ze zdjęć, autorstwa Joshuy Benoliela, prezentuje tłum podczas
republikańskiego wiecu na arenie walk byków w Santarém (1907 r.). Inna
fotografia (a właściwie rysunek) to próba odtworzenia królobójstwa (1908 r.).
Są też zdjęcia zabójców króla i księcia oraz fotografia podpisana: „Czuwanie
przy trumnach króla Karola I i jego syna, księcia Ludwika w kościele św.
Wincentego” (1908 r.). Inne fotografie w tym rozdziale prezentują przykłady
warstw społecznych w Portugalii w tym czasie – jest zdjęcie lizbońskiego
mieszczaństwa na spacerze, klientów w kawiarni Espinho i handlarki pozującej do
zdjęcia Joshui Benolielowi na targu (1908−1909).
W drugiej części tego rozdziału możemy przeczytać o
problemach strukturalnych republikańskich rządów, o sytuacji różnych warstw
społecznych, z których najwięcej było wówczas tych żyjących na wsi. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że w tym
czasie dochodziło w Portugalii do częstych przypadków pogwałcenia zasad
wolności prasy. W prezentowanych tutaj zdjęciach uwagę zwracają rewolucjoniści
z 5 października 1910 r. świętujący zwycięstwo i kontrrewolucjoniści pilnowani
przez uzbrojonych cywilów (1910 r.), jest zdjęcie dr. Manuaela de Arriaga po
wybraniu go na prezydenta Republiki (1911). Jest tu znowu kilka zdjęć Joshuy
Benoliela ukazujących Portugalczyków w różnych sytuacjach, np. „Pracownice
fabryki gorsetów Santos & Ca w Amadorze” (1911) lub „Portugalscy
emigranci na chwilę przed wyruszeniem w podróż do Brazylii” (1911). Są zdjęcia
portugalskich żołnierzy z czasów I wojny światowej, z zawodów sportowych oraz
zdjęcia przedstawiające wnętrza portugalskich salonów przy okazji portretów ich
mieszkanek (Dona Fernanda da Costa, Dona Génova Ulrich; 1921 r.). Rozdział
kończy się zdjęciem wymownie podpisanym „Zamknięcie parlamentu po zamachu stanu
z 28 maja 1926, w wyniku którego wprowadzona została dyktatura”.
![]() |
| Handlarka pozuje do zdjęcia na targu w Caldas da Rainha, 1909 |
![]() |
| Wnętrze kawiarni Espinho, 1910 |
I o tym jest kolejny rozdział zatytułowany Dyktatura
Wojskowa i Nowe Państwo, w którym poznajemy początki najdłużej panującego
systemu autorytarnego w Europie, wojskową dyktaturę i stopniowe obejmowanie
władzy przez Salazara. Zdjęcia z tej części książki są niezwykle ciekawe i
niekoniecznie związane z polityką. Jedno z nich prezentuje „Stół prezydialny sesji
inauguracyjnej Kongresu Feministycznego i Edukacyjnego” (Lizbona 1928 r.). Jest
zdjęcie dzieci podczas kolonii (1928 r.) oraz pacjentów szpitala
psychiatrycznego (1926 r.), fotografie z aeroklubu w Cascais (1929 r.) oraz
pracownic banderolujących cygara (1931 r.). W dalszej części rozdziału,
zatytułowanego Instytucjonalne podpory salazaryzmu zdjęcia mają bardziej
polityczny charakter – jest marsz podczas sportowej parady poparcia dla budowy
stadionu narodowego (1933 r.), „Wizyta premiera prof. António de Oliveiry
Salazara w jadłodajni” (1934 r.), pochód Państwowych Związków Zawodowych (1935
r.) czy różne zdjęcia polityków. Zdjęcie „Na plaży Cruz Quebrada” (1940) daje
nam obraz plażowej mody z tego okresu (1940 r.), są też zdjęcia z pokazów mody
w Lizbonie (1948, 1957 r.). Nie brakuje też pielgrzymów modlących się w Fátimie
(1950 r.) i różnego rodzaju manifestacji.
W tym rozdziale jest jeszcze część zatytułowana Wojna
kolonialna i wiatr przemian w latach 60. obrazowana przez zdjęcia o różnej
tematyce, od typowo rozrywkowych prezentujących wizytę Miss Universe w Aveiro
(1962 r.), przez pokazy mody (1964 r.), transport dorsza (1964 r.), zabawę na
festiwalu muzycznym (1973 r.) po rodzinę opłakującą jedną z ofiar zamieszek w
Angoli (Lizbona 1961 r.).
![]() |
| Na plaży Cruz Quebrada, 1940 |
![]() |
| Wizyta premiera prof. António de Oliveiry Salazara w jadłodajni, Lizbona 1934 |
Ostatnia część książki to rozdział zatytułowany 25 kwietnia.
Czytamy w nim o początkach trzeciej fali demokratyzacji w świecie współczesnym,
które nieświadomie miały miejsce w Lizbonie, po tym, gdy w radio można było
usłyszeć utwór Grândola vila Morena – umówiony sygnał rozpoczęcia zamachu
stanu. Zamieszczone tu fotografie Alfreda Cunhy przedstawiają różne sceny z
Lizbony datowane na 25 kwietnia 1974 r. Widzimy żołnierzy i czołgi na Praҁa do
Comercio i na ulicach, ludność cywilną, a także charakterystyczne zdjęcie z
goździkiem w lufie karabinu – symbolu, od którego rewolucja wzięła stosowaną
dziś nazwę – Rewolucja Goździków.
Więcej o wystawie i towarzyszących jej wydarzeniach,a także o samej Rewolucji Goździków, przeczytacie na stronie internetowej stworzonej z okazji wystawy i 40. rocznicy Rewolucji: www.rewolucjagozdzikow.pl.
(nie)ciągłość. Portugalia w XX wieku od upadku monarchii do Rewolucji Goździków
Więcej o wystawie i towarzyszących jej wydarzeniach,a także o samej Rewolucji Goździków, przeczytacie na stronie internetowej stworzonej z okazji wystawy i 40. rocznicy Rewolucji: www.rewolucjagozdzikow.pl.
(nie)ciągłość. Portugalia w XX wieku od upadku monarchii do Rewolucji Goździków
teksty: José Miguela Sardica, Samuel P.Huntington
tłumaczenia: Dorota Kwinta (na polski), José Carlos Dias (na portugalski), Wojciech Góralczyk (na angielski)
Dom Spotkań z Historią, Instytut Camõesa
Warszawa 2014
Zdjęcia i podpisy pod nimi pochodzą ze strony wystawy, którą znajdziecie tutaj.
KONKURS
Szczegóły konkursu, w którym do wygrania są dwa egzemplarze opisywanej wyżej publikacji, podarowanej przez warszawski Dom Spotkań z Historią (za co serdecznie dziękuję), znajdziecie w zakładce Konkursy w menu po prawej stronie tego bloga lub tutaj.
wtorek, 23 lutego 2016
Smakołyki z Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau w Lizbonie

W Lizbonie pod adresem Rua Augusta 106 i 108 znajduje się
lokal o nazwie Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau. Być może już tam
byliście, jeśli nie – koniecznie wstąpcie następnym razem. I spróbujcie
pysznego pastel de bacalhau. To rozpływający się w ustach przysmak z dorsza nadziewany serem z
regionu górskiego Serra de Estrela. Jak czytamy na stronie lokalu, ciastko to jest
połączeniem dwóch narodowych historycznych tradycji związanych z morzem i
ziemią, czyli dorsza i sera z Serra de Estrela − dwóch smaków, które w postaci pastel
de bacalhau mogą cieszyć nasze kubki smakowe. Smakują wybornie!
Lokal, w którym można kupić i zjeść te przysmaki, czyli Casa
Portuguesa do Pastel de Bacalhau, to przyjemne pomieszczenia starego lecz odnowionego budynku, w którym połączono elementy dekoracyjne klasycznej
architektury z wystawą dzieł sztuki różnego rodzaju, w celu uprzyjemnienia
degustacji pastel de bacalhau. Na ścianach znajdziemy prace tak znanych
artystów, jak Júlio Pomar, Paula Rego oraz Vieira da Silva. Jest też cytat
pisarza António Lobo Antunesa: „Fazer pastéis de bacalhau é tão importante como
ler Os Lusíadas”, co znaczy mniej
więcej tyle, że robienie pastéis de bacalhau jest tak samo ważne, jak czytanie Os Lusíadas.
Także obsługa lokalu jest niemal malownicza, pozująca do
zdjęć i uprzejma. Przed lokalem, jako że mieści się na najpopularniejszej
lizbońskiej ulicy, często ustawiają się długie kolejki. Można się nimi nie
przerażać, bo zazwyczaj wszystko idzie całkiem sprawnie. Kolejka jest do kasy,
w której płacimy za pastele, a następnie z paragonem udajemy się do lady po
odbiór opłaconych przysmaków. Można zjeść na miejscu, wśród wspomnianych dzieł
sztuki, lub poprosić o zapakowanie ciastek na wynos. Oprócz pastel de bacalhau można kupić m.in. wspomniany ser z Serra da Estrela, a spożywane przysmaki popić chociażby pysznym porto Taylor's.
Lokal jest czynny codziennie od 10.00 do 22.00.
Więcej na http://pasteisdebacalhau.com.
![]() |
| W lokalu odbywają się też występy fado (źródło zdjęcia tutaj) |
![]() |
| Wnętrze lokalu widziane z piętra (źródło zdjęcia tutaj) |
Etykiety:
António Lobo Antunes,
bacalhau,
Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau,
Lisboa,
Lizbona,
pastel de bacalhau,
Rua Augusta
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Zimowo-noworoczna Lizbona i okolice
Niedawno wróciłem z Lizbony, gdzie spędziłem klika ostatnich dni
minionego roku i parę dni stycznia. Jakże dobrze było oderwać się od
codziennych spraw, monotonii pracy, beznadziejnej polskiej rzeczywistości i
dodatkowo, jak się potem okazało, uciec od sporych mrozów. Podczas gdy u nas
temperatura dochodziła nocami do -20˚C, w Lizbonie zdarzało mi się widzieć na
termometrach +20 stopni w ciągu dnia. Zdarzały się ciepłe słoneczne dni,
podczas których niezbędne były okulary przeciwsłoneczne, i podczas których aż
chciało się przysiadać i wystawiać twarz ku słońcu, co zresztą ochoczo czyniłem.
Przeplatane były dniami deszczowymi, bo ten okres w Portugalii należy
zdecydowanie do deszczowych, jednak miało to swój urok. Zwłaszcza wtedy, gdy
pomiędzy dosyć mocnymi promieniami słońca co chwilę lało i sprawiało, że
Lizbona usiana była tęczami. To były moje pierwsze tęcze w Lizbonie ;-).
Zima w Portugalii, przynajmniej ta, którą teraz widziałem,
bardziej przypominała mi naszą wiosnę. Wszędzie zielona trawa, która w końcu
odżyła po bezdeszczowych miesiącach, i spomiędzy której przyglądają się ludziom
stokrotki, mlecze i różne inne kwitnące rośliny. Zdarzały się przekopane
grządki obsadzone świeżymi sadzonkami, działki mijane w drodze do Sintry też
wyglądały na wiosenne, gdzieniegdzie zdawało mi się nawet, że widzę dojrzałe
pomidory. Na straganach sprzedawano kolorowe owoce i warzywa, w tym
truskawki, choć nie wiem czy krajowe, a wszystko przeplatało się z ulicznymi
sprzedawcami pieczonych kasztanów, których licznie rozsiane po Lizbonie stoiska
stwarzały niesamowity klimat, zwłaszcza wieczorem, gdy miasto spowijał
kasztanowy dym mieszający się ze słodkawym zapachem. Magia. Oczywiście nie
obyło się bez kilkakrotnego kosztowania tych pyszności.
![]() |
| Avenida da Liberdade |
Samolot przyleciał na lizbońskie lotnisko tak, że jeszcze był czas
na pierwszy spacer po Lizbonie za dnia. Zazwyczaj zatrzymuję się gdzieś w
okolicy Praça Marquês de Pombal, tak było i tym razem; stamtąd kroki same niosą
po Avenida da Liberdade ku Praça Dos Restauradores i dalej do Rossio, czyli Praça
Dom Pedro IV. I tu pierwszy szok – jak dotąd nikt nie zaproponował haszu, koki
ani marihuany, ale jak się okazało – nic straconego. Namolni panowie uwijali
się na Rua Augusta; rozszerzyli swoją ofertę o okulary przeciwsłoneczne, prostytutki
i świecące bibeloty karnawałowe wymachując przed oczami turystów selfie
stickami. I tu kolejny szok: na Rua Augusta tłumy takie, że niemal nie da się
przejść. 29 grudnia, a tłoczniej niż latem. Swoją drogą przybyło też sporo
Polaków, dużo więcej niż przy moich poprzednich pobytach. Już do samolotu w
Monachium wsiadło ich w sumie kilkunastu, w tym starsze małżeństwo zachowujące
się skandalicznie; natomiast obok mnie siedziała pani, która zaczęła czytać ostatnią
powieść Olgi Tokarczuk (moje zdziwienie spowodował fakt, że ktoś zabrał takich
rozmiarów książkę do poczytania w samolocie – samą książkę przeczytałem dawno temu
i gorąco polecam!).
![]() |
| Dona Rosa na Rua Augusta |
No więc jestem na Rua Augusta, a tu niespodzianka – wśród panującej
wrzawy, niezliczonej ilości ozdób świątecznych, naganiających restauratorów i
różnej maści grajków i śpiewaków daje się słyszeć znajomy głos. To Dona Rosa,
która przysiadła przed jedną z okratowanych witryn sklepowych i śpiewała.
Ostatnim razem udało mi się ją słyszeć w tym samym miejscu jakieś pięć lat
temu. Pisałem o Artystce tutaj,
a przy okazji mogę dodać, że pieśniarka w lutym wybiera się na tournée do
Niemiec (gdyby komuś było po drodze).
Z Rua Augusta moje kroki skierowały się na Praça do Comercio, by
stamtąd przejść w stronę tzw. starego portu, nad Tag. To moja stała trasa
pierwszych lizbońskich spacerów każdego pobytu. Nawet się nad tym nie
zastanawiam – nogi same tam prowadzą… Wcześniej na Praça do Comercio rzucał się
w oczy ogrom budowanej sceny na koncerty sylwestrowe i noworoczne. Działało też
lodowisko, na którym można było pojeździć na łyżwach – nadal zresztą można, przy dobrej
pogodzie.
To jeszcze nie koniec pierwszego dnia – mimo iż dla mnie rozpoczął
się w Lizbonie dopiero późnym popołudniem. Tak to jest, że z radości od razu
chce się zobaczyć wszystkie ulubione miejsca. Oczywiście jest ich tyle, że nie
da się tego zrobić.
Tak więc wzdłuż Tagu wędruję na prawo nowym nabrzeżem, które w
sumie już nie jest takie nowe, mijam dworzec Cais do Sodre i zmierzam do
Mercado da Ribeira, bo żołądek domaga się jedzenia. Pierwszym posiłkiem nie
mogło być nic innego jak dorsz, oczywiście popijany Vinho Verde. Potem jeszcze
pyszna bica, za której smakiem bardzo się stęskniłem, i można było do woli
spacerować po ulubionych zakątkach.
Dalszej kolejności odwiedzanych miejsc już nie pamiętam, bez sensu
byłoby zresztą opisywać je w jakiś kronikarski sposób. Wiem tylko, że tego
wieczoru zaskoczył mnie jeszcze widok stoisk oferujących pieczone kasztany. Wydawało
mi się, że już jest po sezonie i co najwyżej gdzieś się trafią, tymczasem można
je było spotkać na każdym kroku, nie tylko w centrum. Dymiące paleniska tworzą
magiczny obraz urozmaicany ciekawym zapachem, od którego od razu chce się zjeść
porcję tych przysmaków.
![]() |
| Lodowisko na Praça do Comercio |
Ciekawy był w Lizbonie ostatni dzień roku. Postanowiliśmy ze
znajomymi spędzić go w Oriente. Akurat znowu nie padało, więc spacer wzdłuż Tagu
w stronę Mostu Vasco da Gamy był doskonałym pomysłem na zagospodarowanie przedpołudnia. Wody rzeki trochę przybrały, jednak co jakiś czas dawało się
zauważyć wystające z wody wózki sklepowe... Zastanawiające… Lubię Oriente, mimo
że znacznie odbiega architekturą od starej części Lizbony. Dobrze się tu
spaceruje, można się przejechać kolejką naziemną, zjeść coś w okolicznych
knajpkach, latem pochlapać się w fontannach lub po prostu usiąść gdzieś w zaciszu
i poczytać. Tym razem nie miałem ze sobą książki – cóż było robić, wystawiłem twarz
ku słońcu, które po południu świeciło tak samo mocno jak we wrześniu, i
cieszyłem się swoim szczęściem.
![]() |
| W Oriente |
Wieczorem postanowiliśmy, że zanim powitamy Nowy Rok, pójdziemy coś
zjeść. Okazało się to dosyć trudne, bo chyba wszyscy, zarówno turyści, jak i
mieszkańcy Lizbony postanowili to samo. Nie było gdzie wcisnąć szpilki, a przed lokalami
ustawiały się kolejki. Z kolei małe rodzinne restauracyjki były w większości
nieczynne – ich właściciele też postanowili świętować. W końcu dostrzegliśmy
wolny stolik w jednej z irlandzkich knajpek – no trudno (zazwyczaj w obcym kraju,
do którego przyjeżdżam, jadam lokalne potrawy; chociaż czy Portugalia jest obcym
krajem? Dla mnie chyba już nie). Tak czy inaczej sylwestrową kolację razem ze znajomymi
rozpoczęliśmy ok. godz. 22.00 w restauracyjnym ogródku!!! Jedzenie na zewnątrz w środku zimy –
super rzecz. Było cieplutko. Po kolacji postanowiliśmy pójść na Praça do
Comercio, by tam przywitać Nowy Rok. I to był błąd. Muszę tu dodać, że unikam
masowych imprez jak ognia, nie lubię tłumów, a sylwestrowe uniesienia nigdy
mnie nie interesowały. No ale być w Lizbonie i nie zobaczyć tych fantastycznych
sztucznych ogni, które co roku podziwiam na zdjęciach? Dopiero potem do nas
dotarło, że można było iść gdziekolwiek indziej, np. na Miradouro São Pedro de
Alcantra, gdzie wybraliśmy się później. Na scenie wystąpili Trovante (do północy) i
Richie Campbell (po północy) – portugalskie gwiazdy, na które przyszły tłumy. Przyznam
się szczerze, że nie znałem wcześniej tych wykonawców, jednak zgromadzeni na
placu ludzie śpiewali wraz z wykonawcami wszystkie utwory jak największe hity.
Po zespole Trovante, który zakończył występ tuż przed północą, był pokaz
sztucznych ogni, podczas którego otwierano szampany (tudzież wina musujące),
niektórzy zjadali też swoje winogrona. Po zakończeniu pokazu występ rozpoczął
Richie Campbell, portugalska gwiazda fado. My w trakcie jego show postanowiliśmy opuścić plac, bo tłum robił się coraz większy, co robiło się
mało przyjemne. Dojście od pomnika do rogu przy Rua do Ouro zajęło prawie pół
godziny, kolejne pół to droga tą ulicą do Rossio. A potem było już super.
Ludzie cały czas składali sobie życzenia, nawet obcy, także nam, było ciepło i ogólnie
panowała wesoła imprezowa atmosfera.
![]() |
| Trovante |
![]() |
| Trovante |
![]() |
| Rua do Ouro |
![]() |
| Rua do Ouro |
Następnego dnia na Praça do Comercio był koncert Carminho z gościnnym udziałem Antónia Zambujo, którym towarzyszyła Orchestra Sinfonietta de
Lisboa. Było super, ale o tym będzie oddzielny post. Byłem jeszcze na koncercie
orkiestry lizbońskiej policji, który odbył się w tym samym miejscu 3 stycznia.
Nie było aż tak super jak na Carminho, ale też ciekawie. Motywem przewodnim były
utwory filmowe. Orkiestra zagrała m.in. kompozycje z Carmen, West Side Story oraz
filmów Disneya. Ten koncert trzeba było oglądać spod parasola – była to dosyć
deszczowa i wietrzna niedziela.
![]() |
| Próba - Carminho i António Zambujo |
![]() |
| Orchestra Sinfonietta de Lisboa |
![]() |
| Koncert Carminho |
Deszczowe i wietrzne dni nie przeszkodziły mi w spędzaniu czasu w ciekawy
sposób. Owszem, było więcej siedzenia w knajpach niż latem, próbowanie różnych
smakołyków i picie Vinha Verde czy porto w dużych ilościach, ale to są rzeczy, które
lubię robić w Lizbonie. W Restaurante Portas do Sol nie dało się tym razem
siedzieć na tarasie, ale kanapy wewnątrz, z widokiem na palmę przez weneckie
lustro, też są wygodne. Choć muszę przyznać, że ten lokal to moim zdaniem jedno
z najbardziej zmarnowanych miejsc w Lizbonie i zupełnie niewykorzystany
potencjał, jaki temu miejscu stwarza chociażby lokalizacja. Zazwyczaj odwiedzam
też Aprazível w Chiado i pytam o zupę z kukurydzy – jeśli akurat traficie na
tydzień, w którym będzie podawana, koniecznie zamówcie. Jest przepyszna, tym
razem była i ze smakiem zajadaliśmy się nią ze znajomymi. Skoro jesteśmy przy
jedzeniu – próbowałem kilku zup rybnych – najlepsza była chyba ta w Restaurante
Sol Dourado. Koniecznie trzeba też spróbować zupę alentejano – podają ją w większości
restauracji, a w deszczowe dni idealnie rozgrzewa. Próbowałem też kilku różnych dorszy, łososi, miecza i innych ryb, których
nazw nie pamiętam. Uwielbiam to w Portugalii – pyszne ryby i owoce morza są na wyciągnięcie
ręki.
Co jeszcze można robić w Lizbonie w deszczowe dni? Odwiedzać różne
muzea, które wiemy że są ciekawe, ale w lecie szkoda na nie czasu. Albo po
prostu odwiedzić po raz kolejny te miejsca, które się lubi. Ja na przykład
uwielbiam Museu do Fado, w którym co jakiś czas zmieniają się wystawy
czasowe, więc zawsze jest coś nowego. Jeszcze przez parę dni można oglądać ekspozycję Álbum de Família –
fotografie fadystów autorstwa Aurélio Vasquesa.
Tym razem poszedłem też do Lisboa Story Centre, w którym znajduje
się nowoczesne muzeum prezentujące historię miasta. Też o nim kiedyś napiszę.
![]() | |||
| Museu do Fado |
![]() |
| Restauradores |
![]() |
| Świąteczny kiermasz na Avenida da Liberdade |
![]() |
| Praça Marquês de Pombal |
![]() |
| Praça Marquês de Pombal |
![]() |
| Avenida da Liberdade |
![]() |
| Sylwestrowy koncert na Avenida da Liberdade |
![]() |
| Rua do Ouras |
![]() |
| Rua Augusta |
![]() |
| Rua do Ouras |
![]() |
| Praça do Comercio |
![]() |
| Sintra, Quinta da Regaleira |
![]() |
| Rua Augusta |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























































































