Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisboa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisboa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2016

Cerâmica S. Vicente - fascynująca pracownia w Lizbonie


W Lizbonie, przy rua de São Vicente 31, mieści się pracowania ceramiki i fajansu, w której tworzy artystka Cristina Pina. Nazwa sklepu widoczna na wizytówce brzmi Cerâmica - Azulejaria e Faianças de S. Vicente. Weszliśmy tam przez przypadek, prawdopodobnie coś ciekawego widniało w witrynie wystawowej, i okazało się, że było to nadzwyczaj trafione posunięcie. Wnętrza tej niewielkiej pracowni kryją bowiem wiele ciekawych dla oka elementów, na które składają się jej wyposażenie służące do produkcji ceramiki, jak i gotowe produkty ustawione na półkach. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie stół, przy którym powstają ceramiczne dzieła zanim trafią do pieca. Stoją na nim przyrządy, chwilę temu używane do malowania czy lepienia.
W pierwszej części jest coś na wzór sklepu, w którym można oglądać i kupować gotowe prace, stoi tu też wspomniany stół. Część druga to typowy warsztat z piecem do wypalania ceramiki,choć i tutaj na ścianach wiszą azulejos, stoją na półeczkach czy nawet leżą na podłodze.
Cristina Pina tworzy prace, które są jej własną autorską twórczością, lub takie, które ktoś u niej zamówił. Mogą to być zarówno azulejos z tradycyjnymi motywami, nawet odwzorowujące jakieś konkretne ilustracje, lub popularne wzory niekoniecznie najwyższej próby, lecz realizowane na zamówienie, których przykłady są na zdjęciach. Produkowane tutaj kafelki nie są tanie, ale to nie dziwi po poznaniu sposobu i jakości ich produkcji. Warto wejść do środka, nawet jeśli niczego się nie kupuje - można nacieszyć oko, a przy okazji uciąć pogawędkę z artystką czy pracownikiem sklepu.
Nie mam zdjęć Cristiny Piny, można jednak ją dojrzeć na fotografiach, które uchwyciły zdjęcia artystki wiszące w pracowni.


























Zdjęcia: Krzysztof Rosenberger, Tomasz Giza

wtorek, 19 kwietnia 2016

„(nie)ciągłość. Portugalia w XX wieku od upadku monarchii do Rewolucji Goździków” + KONKURS

25 kwietnia 2014 r. w warszawskim Domu Spotkań z Historią odbył się wernisaż niecodziennej wystawy – z okazji 40. rocznicy Rewolucji Goździków w Portugalii. Przy okazji ukazał się wspaniały katalog, który był nie tylko elementem towarzyszącym wystawie, ale także samodzielnym wydawnictwem. Wspominałem o wystawie w poście sprzed roku (tutaj), ale nie miałem jeszcze wówczas książki, dlatego postanowiłem napisać o niej przy okazji zbliżającej się już 42. rocznicy Rewolucji Goździków. Dodatkowym powodem jest to, że Dom Spotkań z Historią przekazał dwa egzemplarze książki, które są nagrodą w konkursie.
Wystawa była organizowana przez Dom Spotkań z Historią oraz Instytut Camõesa w Warszawie, obie te instytucje są wydawcami katalogu.

Podobnie jak wystawa, książka zawiera 120 zdjęć, które dotąd w Polsce nie były znane. Pochodzą z archiwów portugalskich dzienników „Diário de Notícias” i „O Século” oraz fotografa Abla Resende i miłośnika i pasjonata Coimbry Fernanda Marquesa znanego pod pseudonimem „Formidávela”. Te zdjęcia są w większości anonimowe. 25 zdjęć zamieszczonych w ostatnim rozdziale zrobił Alfredo Cunha w dniu wybuchu rewolucji – 25 kwietnia 1974 r.

Kuratorem wystawy był Rui Prata, dyrektor Muzeum Obrazu w Bradze. W książęce jest jego wstęp, w którym czytamy między innymi: „Odwiedziłem najważniejsze archiwa prasowe, szukałem też w mniejszych zbiorach. Spośród tysięcy obrazów wiele musiałem odrzucić. Przyjąłem podwójne kryterium: z jednej strony swoje wybory uzależniałem od wartości estetycznej fotograficznego spojrzenia i obecnych w nim śladów różnych nurtów fotografii dokumentalnej; z drugiej strony – poszukiwałem jak najwierniejszego przedstawienia realiów każdego momentu. Starałem się uciec od ilustracyjnego ukazania instytucjonalnego obrazu kolejnych reżimów i ich ceremoniału, aby położyć nacisk na obyczaje zróżnicowanych mikrokosmosów, które razem tworzą społeczeństwo. Narracją wystawy rządzi chronologia wydarzeń – przede wszystkim tych o charakterze politycznym. Obserwujemy ludzi wyobcowanych z teatru politycznego, skromnych i wierzących, którzy wznoszą ręce do nieba; którzy pogodzeni ze swoim losem przebiegają palcami po strunach gitary; również takich, którzy starają się zapomnieć o goryczy codziennego życia podczas wycieczek na plażę czy wizyt w wesołym miasteczku.”



Wstępy do książki napisały też inne osobowości, wśród których jest Ambasador Portugalii w Warszawie Maria Amélia Paiva, która napisała: „Przede wszystkim pragnę podziękować wszystkim mężczyznom i kobietom, dzięki którym wydarzenia 25 kwietnia 1974 stały się możliwe – bez ich wysiłku nie mogłabym teraz kierować do Państwa tych słów jako ambasador Portugalii, bowiem przed Rewolucją dyplomacja była jedną z wielu ścieżek kariery niedostępnych dla kobiet”.

Natomiast Piotr Jakubowski, dyrektor Domu Spotkań z Historią, napisał: „W przypadku wystawy (Nie)ciągłość materiał został zgromadzony dzięki szerokiej, precyzyjnie zaplanowanej kwerendzie, obejmującej najważniejsze dla wspomnianego sposobu rejestrowania przeszłości zbiory fotograficzne w Portugalii. W efekcie otrzymujemy fascynującą panoramę życia społecznego na przestrzeni siedmiu dekad minionego stulecia.

Z kolei João Brás Jorge, prezes zarządu Banku Millennium, sponsora katalogu, pisze o więzach łączących Polskę i Portugalię, które w ostatnich latach się umacniają, oraz o tym, co da wystawa Polakom: „Wystawa obejmuje historię blisko siedemdziesięciu lat, dotąd słabo znaną szerszej polskiej publiczności. Wiedza o tym okresie będzie dostępna wszystkim zainteresowanym przez najbliższe cztery miesiące – a nawet dłużej, dzięki towarzyszącemu ekspozycji katalogowi”.

W książce wypowiada się też prof. João Carlos Espada, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych na Portugalskim Uniwersytecie katolickim w Lizbonie. Analizuje on w krótkim wstępie rolę Polski i Portugalii jako liderów trzeciej fali demokratyzacji na świecie: „Wiele nieoczywistych elementów […] łączy Polskę i Portugalię. Jednym z nich, o którym często się zapomina, jest centralna rola obu narodów (geograficznie usytuowanych na peryferiach Europy) w powstawaniu i szerzeniu się trzeciej fali demokratyzacji na świecie”.

Zamieszczone w książce fotografie są pogrupowane w kilku rozdziałach, opatrzonych notą historyczną José Miguela Sardicy (fragmenty publikacji O Século XX Português) oraz, w ostatnim rozdziale, amerykańskiego politologa Samuela P. Huntingtona (fragmenty wydanej również w Polsce przez PWN publikacji Trzecia fala demokratyzacji; wyd. I w 1995 r.). Kolejne rozdziały przybliżają nam w wielkim skrócie historię Portugalii w XX w., co daje przeciętnemu polskiemu czytelnikowi obraz tego kraju od początku ubiegłego stulecia do wybuchu rewolucji i upadku dyktatury. Tym, którzy prezentowanej historii nie znają zapewne to wystarczy (na początek), a pozostałych pewnie zachęci do dalszej lektury na temat dziejów tego niezwykłego kraju leżącego gdzieś na zachodnich krańcach Europy. Wszystkie teksty w książce, także podpisy zdjęć, są w językach polskim, portugalskim i angielskim, co czyni ją zrozumiałą niemal dla każdego.

Pierwsza część to Upadek monarchii i I Republika. Poznajemy tutaj fakty dotyczące kryzysu monarchii konstytucyjnej i jej upadku włącznie z zabójstwem króla i następcy tronu, co miało zasadniczy wpływ na dalsze losy ustroju. Towarzyszące rozdziałowi fotografie obrazują portugalskie społeczeństwo w tym okresie i wydarzenia mające istotny wpływ na nadchodzące zmiany. Jedno ze zdjęć, autorstwa Joshuy Benoliela, prezentuje tłum podczas republikańskiego wiecu na arenie walk byków w Santarém (1907 r.). Inna fotografia (a właściwie rysunek) to próba odtworzenia królobójstwa (1908 r.). Są też zdjęcia zabójców króla i księcia oraz fotografia podpisana: „Czuwanie przy trumnach króla Karola I i jego syna, księcia Ludwika w kościele św. Wincentego” (1908 r.). Inne fotografie w tym rozdziale prezentują przykłady warstw społecznych w Portugalii w tym czasie – jest zdjęcie lizbońskiego mieszczaństwa na spacerze, klientów w kawiarni Espinho i handlarki pozującej do zdjęcia Joshui Benolielowi na targu (1908−1909).
W drugiej części tego rozdziału możemy przeczytać o problemach strukturalnych republikańskich rządów, o sytuacji różnych warstw społecznych, z których najwięcej było wówczas tych żyjących na wsi. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że w tym czasie dochodziło w Portugalii do częstych przypadków pogwałcenia zasad wolności prasy. W prezentowanych tutaj zdjęciach uwagę zwracają rewolucjoniści z 5 października 1910 r. świętujący zwycięstwo i kontrrewolucjoniści pilnowani przez uzbrojonych cywilów (1910 r.), jest zdjęcie dr. Manuaela de Arriaga po wybraniu go na prezydenta Republiki (1911). Jest tu znowu kilka zdjęć Joshuy Benoliela ukazujących Portugalczyków w różnych sytuacjach, np. „Pracownice fabryki gorsetów Santos & Ca w Amadorze” (1911) lub „Portugalscy emigranci na chwilę przed wyruszeniem w podróż do Brazylii” (1911). Są zdjęcia portugalskich żołnierzy z czasów I wojny światowej, z zawodów sportowych oraz zdjęcia przedstawiające wnętrza portugalskich salonów przy okazji portretów ich mieszkanek (Dona Fernanda da Costa, Dona Génova Ulrich; 1921 r.). Rozdział kończy się zdjęciem wymownie podpisanym „Zamknięcie parlamentu po zamachu stanu z 28 maja 1926, w wyniku którego wprowadzona została dyktatura”.


Handlarka pozuje do zdjęcia na targu w Caldas da Rainha, 1909
Wnętrze kawiarni Espinho, 1910
I o tym jest kolejny rozdział zatytułowany Dyktatura Wojskowa i Nowe Państwo, w którym poznajemy początki najdłużej panującego systemu autorytarnego w Europie, wojskową dyktaturę i stopniowe obejmowanie władzy przez Salazara. Zdjęcia z tej części książki są niezwykle ciekawe i niekoniecznie związane z polityką. Jedno z nich prezentuje „Stół prezydialny sesji inauguracyjnej Kongresu Feministycznego i Edukacyjnego” (Lizbona 1928 r.). Jest zdjęcie dzieci podczas kolonii (1928 r.) oraz pacjentów szpitala psychiatrycznego (1926 r.), fotografie z aeroklubu w Cascais (1929 r.) oraz pracownic banderolujących cygara (1931 r.). W dalszej części rozdziału, zatytułowanego Instytucjonalne podpory salazaryzmu zdjęcia mają bardziej polityczny charakter – jest marsz podczas sportowej parady poparcia dla budowy stadionu narodowego (1933 r.), „Wizyta premiera prof. António de Oliveiry Salazara w jadłodajni” (1934 r.), pochód Państwowych Związków Zawodowych (1935 r.) czy różne zdjęcia polityków. Zdjęcie „Na plaży Cruz Quebrada” (1940) daje nam obraz plażowej mody z tego okresu (1940 r.), są też zdjęcia z pokazów mody w Lizbonie (1948, 1957 r.). Nie brakuje też pielgrzymów modlących się w Fátimie (1950 r.) i różnego rodzaju manifestacji.
W tym rozdziale jest jeszcze część zatytułowana Wojna kolonialna i wiatr przemian w latach 60. obrazowana przez zdjęcia o różnej tematyce, od typowo rozrywkowych prezentujących wizytę Miss Universe w Aveiro (1962 r.), przez pokazy mody (1964 r.), transport dorsza (1964 r.), zabawę na festiwalu muzycznym (1973 r.) po rodzinę opłakującą jedną z ofiar zamieszek w Angoli (Lizbona 1961 r.).


Na plaży Cruz Quebrada, 1940
Wizyta premiera prof. António de Oliveiry Salazara w jadłodajni, Lizbona 1934
Ostatnia część książki to rozdział zatytułowany 25 kwietnia. Czytamy w nim o początkach trzeciej fali demokratyzacji w świecie współczesnym, które nieświadomie miały miejsce w Lizbonie, po tym, gdy w radio można było usłyszeć utwór Grândola vila Morena – umówiony sygnał rozpoczęcia zamachu stanu. Zamieszczone tu fotografie Alfreda Cunhy przedstawiają różne sceny z Lizbony datowane na 25 kwietnia 1974 r. Widzimy żołnierzy i czołgi na Praҁa do Comercio i na ulicach, ludność cywilną, a także charakterystyczne zdjęcie z goździkiem w lufie karabinu – symbolu, od którego rewolucja wzięła stosowaną dziś nazwę – Rewolucja Goździków.

Więcej o wystawie i towarzyszących jej wydarzeniach,a także o samej Rewolucji Goździków, przeczytacie na stronie internetowej stworzonej z okazji wystawy i 40. rocznicy Rewolucji: www.rewolucjagozdzikow.pl.



(nie)ciągłość. Portugalia w XX wieku od upadku monarchii do Rewolucji Goździków
teksty: José Miguela Sardica, Samuel P.Huntington
tłumaczenia: Dorota Kwinta (na polski), José Carlos Dias (na portugalski), Wojciech Góralczyk (na angielski)
Dom Spotkań z Historią, Instytut Camõesa
Warszawa 2014

Zdjęcia i podpisy pod nimi pochodzą ze strony wystawy, którą znajdziecie tutaj.

KONKURS
Szczegóły konkursu, w którym do wygrania są dwa egzemplarze opisywanej wyżej publikacji, podarowanej przez warszawski Dom Spotkań z Historią (za co serdecznie dziękuję), znajdziecie w zakładce Konkursy w menu po prawej stronie tego bloga lub tutaj

wtorek, 23 lutego 2016

Smakołyki z Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau w Lizbonie

 

W Lizbonie pod adresem Rua Augusta 106 i 108 znajduje się lokal o nazwie Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau. Być może już tam byliście, jeśli nie – koniecznie wstąpcie następnym razem. I spróbujcie pysznego pastel de bacalhau. To rozpływający się w ustach przysmak z dorsza nadziewany serem z regionu górskiego Serra de Estrela. Jak czytamy na stronie lokalu, ciastko to jest połączeniem dwóch narodowych historycznych tradycji związanych z morzem i ziemią, czyli dorsza i sera z Serra de Estrela − dwóch smaków, które w postaci pastel de bacalhau mogą cieszyć nasze kubki smakowe. Smakują wybornie!


Lokal, w którym można kupić i zjeść te przysmaki, czyli Casa Portuguesa do Pastel de Bacalhau, to przyjemne pomieszczenia starego lecz odnowionego budynku, w którym połączono elementy dekoracyjne klasycznej architektury z wystawą dzieł sztuki różnego rodzaju, w celu uprzyjemnienia degustacji pastel de bacalhau. Na ścianach znajdziemy prace tak znanych artystów, jak Júlio Pomar, Paula Rego oraz Vieira da Silva. Jest też cytat pisarza António Lobo Antunesa: „Fazer pastéis de bacalhau é tão importante como ler Os Lusíadas”, co znaczy mniej więcej tyle, że robienie pastéis de bacalhau jest tak samo ważne, jak czytanie Os Lusíadas.


Także obsługa lokalu jest niemal malownicza, pozująca do zdjęć i uprzejma. Przed lokalem, jako że mieści się na najpopularniejszej lizbońskiej ulicy, często ustawiają się długie kolejki. Można się nimi nie przerażać, bo zazwyczaj wszystko idzie całkiem sprawnie. Kolejka jest do kasy, w której płacimy za pastele, a następnie z paragonem udajemy się do lady po odbiór opłaconych przysmaków. Można zjeść na miejscu, wśród wspomnianych dzieł sztuki, lub poprosić o zapakowanie ciastek na wynos. Oprócz pastel de bacalhau można kupić m.in. wspomniany ser z Serra da Estrela, a spożywane przysmaki popić chociażby pysznym porto Taylor's.


Lokal jest czynny codziennie od 10.00 do 22.00.
Więcej na http://pasteisdebacalhau.com.









W lokalu odbywają się też występy fado (źródło zdjęcia tutaj)
Wnętrze lokalu widziane z piętra (źródło zdjęcia tutaj)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Zimowo-noworoczna Lizbona i okolice


Niedawno wróciłem z Lizbony, gdzie spędziłem klika ostatnich dni minionego roku i parę dni stycznia. Jakże dobrze było oderwać się od codziennych spraw, monotonii pracy, beznadziejnej polskiej rzeczywistości i dodatkowo, jak się potem okazało, uciec od sporych mrozów. Podczas gdy u nas temperatura dochodziła nocami do -20˚C, w Lizbonie zdarzało mi się widzieć na termometrach +20 stopni w ciągu dnia. Zdarzały się ciepłe słoneczne dni, podczas których niezbędne były okulary przeciwsłoneczne, i podczas których aż chciało się przysiadać i wystawiać twarz ku słońcu, co zresztą ochoczo czyniłem. Przeplatane były dniami deszczowymi, bo ten okres w Portugalii należy zdecydowanie do deszczowych, jednak miało to swój urok. Zwłaszcza wtedy, gdy pomiędzy dosyć mocnymi promieniami słońca co chwilę lało i sprawiało, że Lizbona usiana była tęczami. To były moje pierwsze tęcze w Lizbonie ;-).

Zima w Portugalii, przynajmniej ta, którą teraz widziałem, bardziej przypominała mi naszą wiosnę. Wszędzie zielona trawa, która w końcu odżyła po bezdeszczowych miesiącach, i spomiędzy której przyglądają się ludziom stokrotki, mlecze i różne inne kwitnące rośliny. Zdarzały się przekopane grządki obsadzone świeżymi sadzonkami, działki mijane w drodze do Sintry też wyglądały na wiosenne, gdzieniegdzie zdawało mi się nawet, że widzę dojrzałe pomidory. Na straganach sprzedawano kolorowe owoce i warzywa, w tym truskawki, choć nie wiem czy krajowe, a wszystko przeplatało się z ulicznymi sprzedawcami pieczonych kasztanów, których licznie rozsiane po Lizbonie stoiska stwarzały niesamowity klimat, zwłaszcza wieczorem, gdy miasto spowijał kasztanowy dym mieszający się ze słodkawym zapachem. Magia. Oczywiście nie obyło się bez kilkakrotnego kosztowania tych pyszności.
Avenida da Liberdade
Samolot przyleciał na lizbońskie lotnisko tak, że jeszcze był czas na pierwszy spacer po Lizbonie za dnia. Zazwyczaj zatrzymuję się gdzieś w okolicy Praça Marquês de Pombal, tak było i tym razem; stamtąd kroki same niosą po Avenida da Liberdade ku Praça Dos Restauradores i dalej do Rossio, czyli Praça Dom Pedro IV. I tu pierwszy szok – jak dotąd nikt nie zaproponował haszu, koki ani marihuany, ale jak się okazało – nic straconego. Namolni panowie uwijali się na Rua Augusta; rozszerzyli swoją ofertę o okulary przeciwsłoneczne, prostytutki i świecące bibeloty karnawałowe wymachując przed oczami turystów selfie stickami. I tu kolejny szok: na Rua Augusta tłumy takie, że niemal nie da się przejść. 29 grudnia, a tłoczniej niż latem. Swoją drogą przybyło też sporo Polaków, dużo więcej niż przy moich poprzednich pobytach. Już do samolotu w Monachium wsiadło ich w sumie kilkunastu, w tym starsze małżeństwo zachowujące się skandalicznie; natomiast obok mnie siedziała pani, która zaczęła czytać ostatnią powieść Olgi Tokarczuk (moje zdziwienie spowodował fakt, że ktoś zabrał takich rozmiarów książkę do poczytania w samolocie – samą książkę przeczytałem dawno temu i gorąco polecam!).
Dona Rosa na Rua Augusta
No więc jestem na Rua Augusta, a tu niespodzianka – wśród panującej wrzawy, niezliczonej ilości ozdób świątecznych, naganiających restauratorów i różnej maści grajków i śpiewaków daje się słyszeć znajomy głos. To Dona Rosa, która przysiadła przed jedną z okratowanych witryn sklepowych i śpiewała. Ostatnim razem udało mi się ją słyszeć w tym samym miejscu jakieś pięć lat temu. Pisałem o Artystce tutaj, a przy okazji mogę dodać, że pieśniarka w lutym wybiera się na tournée do Niemiec (gdyby komuś było po drodze).
Z Rua Augusta moje kroki skierowały się na Praça do Comercio, by stamtąd przejść w stronę tzw. starego portu, nad Tag. To moja stała trasa pierwszych lizbońskich spacerów każdego pobytu. Nawet się nad tym nie zastanawiam – nogi same tam prowadzą… Wcześniej na Praça do Comercio rzucał się w oczy ogrom budowanej sceny na koncerty sylwestrowe i noworoczne. Działało też lodowisko, na którym można było pojeździć na łyżwach – nadal zresztą można, przy dobrej pogodzie.
To jeszcze nie koniec pierwszego dnia – mimo iż dla mnie rozpoczął się w Lizbonie dopiero późnym popołudniem. Tak to jest, że z radości od razu chce się zobaczyć wszystkie ulubione miejsca. Oczywiście jest ich tyle, że nie da się tego zrobić.
Tak więc wzdłuż Tagu wędruję na prawo nowym nabrzeżem, które w sumie już nie jest takie nowe, mijam dworzec Cais do Sodre i zmierzam do Mercado da Ribeira, bo żołądek domaga się jedzenia. Pierwszym posiłkiem nie mogło być nic innego jak dorsz, oczywiście popijany Vinho Verde. Potem jeszcze pyszna bica, za której smakiem bardzo się stęskniłem, i można było do woli spacerować po ulubionych zakątkach.
Dalszej kolejności odwiedzanych miejsc już nie pamiętam, bez sensu byłoby zresztą opisywać je w jakiś kronikarski sposób. Wiem tylko, że tego wieczoru zaskoczył mnie jeszcze widok stoisk oferujących pieczone kasztany. Wydawało mi się, że już jest po sezonie i co najwyżej gdzieś się trafią, tymczasem można je było spotkać na każdym kroku, nie tylko w centrum. Dymiące paleniska tworzą magiczny obraz urozmaicany ciekawym zapachem, od którego od razu chce się zjeść porcję tych przysmaków.
Lodowisko na Praça do Comercio

Ciekawy był w Lizbonie ostatni dzień roku. Postanowiliśmy ze znajomymi spędzić go w Oriente. Akurat znowu nie padało, więc spacer wzdłuż Tagu w stronę Mostu Vasco da Gamy był doskonałym pomysłem na zagospodarowanie przedpołudnia. Wody rzeki trochę przybrały, jednak co jakiś czas dawało się zauważyć wystające z wody wózki sklepowe... Zastanawiające… Lubię Oriente, mimo że znacznie odbiega architekturą od starej części Lizbony. Dobrze się tu spaceruje, można się przejechać kolejką naziemną, zjeść coś w okolicznych knajpkach, latem pochlapać się w fontannach lub po prostu usiąść gdzieś w zaciszu i poczytać. Tym razem nie miałem ze sobą książki – cóż było robić, wystawiłem twarz ku słońcu, które po południu świeciło tak samo mocno jak we wrześniu, i cieszyłem się swoim szczęściem.
W Oriente
Wieczorem postanowiliśmy, że zanim powitamy Nowy Rok, pójdziemy coś zjeść. Okazało się to dosyć trudne, bo chyba wszyscy, zarówno turyści, jak i mieszkańcy Lizbony postanowili to samo. Nie było gdzie wcisnąć szpilki, a przed lokalami ustawiały się kolejki. Z kolei małe rodzinne restauracyjki były w większości nieczynne – ich właściciele też postanowili świętować. W końcu dostrzegliśmy wolny stolik w jednej z irlandzkich knajpek – no trudno (zazwyczaj w obcym kraju, do którego przyjeżdżam, jadam lokalne potrawy; chociaż czy Portugalia jest obcym krajem? Dla mnie chyba już nie). Tak czy inaczej sylwestrową kolację razem ze znajomymi rozpoczęliśmy ok. godz. 22.00 w restauracyjnym ogródku!!! Jedzenie na zewnątrz w środku zimy – super rzecz. Było cieplutko. Po kolacji postanowiliśmy pójść na Praça do Comercio, by tam przywitać Nowy Rok. I to był błąd. Muszę tu dodać, że unikam masowych imprez jak ognia, nie lubię tłumów, a sylwestrowe uniesienia nigdy mnie nie interesowały. No ale być w Lizbonie i nie zobaczyć tych fantastycznych sztucznych ogni, które co roku podziwiam na zdjęciach? Dopiero potem do nas dotarło, że można było iść gdziekolwiek indziej, np. na Miradouro São Pedro de Alcantra, gdzie wybraliśmy się później. Na scenie wystąpili Trovante (do północy) i Richie Campbell (po północy) – portugalskie gwiazdy, na które przyszły tłumy. Przyznam się szczerze, że nie znałem wcześniej tych wykonawców, jednak zgromadzeni na placu ludzie śpiewali wraz z wykonawcami wszystkie utwory jak największe hity. Po zespole Trovante, który zakończył występ tuż przed północą, był pokaz sztucznych ogni, podczas którego otwierano szampany (tudzież wina musujące), niektórzy zjadali też swoje winogrona. Po zakończeniu pokazu występ rozpoczął Richie Campbell, portugalska gwiazda fado. My w trakcie jego show postanowiliśmy opuścić plac, bo tłum robił się coraz większy, co robiło się mało przyjemne. Dojście od pomnika do rogu przy Rua do Ouro zajęło prawie pół godziny, kolejne pół to droga tą ulicą do Rossio. A potem było już super. Ludzie cały czas składali sobie życzenia, nawet obcy, także nam, było ciepło i ogólnie panowała wesoła imprezowa atmosfera.
Trovante
Trovante


















Rua do Ouro
Rua do Ouro
Następnego dnia na Praça do Comercio był koncert Carminho z gościnnym udziałem Antónia Zambujo, którym towarzyszyła Orchestra Sinfonietta de Lisboa. Było super, ale o tym będzie oddzielny post. Byłem jeszcze na koncercie orkiestry lizbońskiej policji, który odbył się w tym samym miejscu 3 stycznia. Nie było aż tak super jak na Carminho, ale też ciekawie. Motywem przewodnim były utwory filmowe. Orkiestra zagrała m.in. kompozycje z Carmen, West Side Story oraz filmów Disneya. Ten koncert trzeba było oglądać spod parasola – była to dosyć deszczowa i wietrzna niedziela.

Próba - Carminho i António Zambujo
Orchestra Sinfonietta de Lisboa
Koncert Carminho
Deszczowe i wietrzne dni nie przeszkodziły mi w spędzaniu czasu w ciekawy sposób. Owszem, było więcej siedzenia w knajpach niż latem, próbowanie różnych smakołyków i picie Vinha Verde czy porto w dużych ilościach, ale to są rzeczy, które lubię robić w Lizbonie. W Restaurante Portas do Sol nie dało się tym razem siedzieć na tarasie, ale kanapy wewnątrz, z widokiem na palmę przez weneckie lustro, też są wygodne. Choć muszę przyznać, że ten lokal to moim zdaniem jedno z najbardziej zmarnowanych miejsc w Lizbonie i zupełnie niewykorzystany potencjał, jaki temu miejscu stwarza chociażby lokalizacja. Zazwyczaj odwiedzam też Aprazível w Chiado i pytam o zupę z kukurydzy – jeśli akurat traficie na tydzień, w którym będzie podawana, koniecznie zamówcie. Jest przepyszna, tym razem była i ze smakiem zajadaliśmy się nią ze znajomymi. Skoro jesteśmy przy jedzeniu – próbowałem kilku zup rybnych – najlepsza była chyba ta w Restaurante Sol Dourado. Koniecznie trzeba też spróbować zupę alentejano – podają ją w większości restauracji, a w deszczowe dni idealnie rozgrzewa. Próbowałem też kilku różnych dorszy, łososi, miecza i innych ryb, których nazw nie pamiętam. Uwielbiam to w Portugalii – pyszne ryby i owoce morza są na wyciągnięcie ręki.
Chiado
Co jeszcze można robić w Lizbonie w deszczowe dni? Odwiedzać różne muzea, które wiemy że są ciekawe, ale w lecie szkoda na nie czasu. Albo po prostu odwiedzić po raz kolejny te miejsca, które się lubi. Ja na przykład uwielbiam Museu do Fado, w którym co jakiś czas zmieniają się wystawy czasowe, więc zawsze jest coś nowego. Jeszcze przez parę dni można oglądać ekspozycję Álbum de Família – fotografie fadystów autorstwa Aurélio Vasquesa
Tym razem poszedłem też do Lisboa Story Centre, w którym znajduje się nowoczesne muzeum prezentujące historię miasta. Też o nim kiedyś napiszę.

Museu do Fado


Restauradores
Świąteczny kiermasz na Avenida da Liberdade
Praça Marquês de Pombal
Praça Marquês de Pombal
Avenida da Liberdade

Sylwestrowy koncert na Avenida da Liberdade
Rua do Ouras
Rua Augusta
Rua do Ouras
Praça do Comercio
Sintra, Quinta da Regaleira
Rua Augusta
Zdjęcia: Krzysztof Rosenberger