niedziela, 20 sierpnia 2017

Marta Pereira da Costa i jej genialny debiutancki album

Pierwszy raz o Artystce usłyszałem, gdy 7 października 2014 roku odbierała nagrodę Prémio Amália i przy okazji występowała podczas gali. Napisałem o tym nawet w poście o tym wydarzeniu (tutaj). Już wtedy okazało się dla mnie, że to niezwykle ciekawa postać portugalskiej sceny muzycznej. Nie znałem innych kobiet grających na gitarze portugalskiej, tymczasem Marta Pereira da Costa okazała się jej mistrzynią. Nie wiem czy były już wtedy przymiarki do płyty, jednak w końcu krążek się ukazał – 13 maja ubiegłego roku. Od tego czasu słuchałem utworów z płyty, tych dostępnych, w sieci, jednak płytę kupiłem dopiero niedawno, podczas czerwcowego pobytu w Lizbonie (jakoś nadal wolę tradycyjne CD). Dopiero teraz mogłem w pełni docenić jej walory. Artystyczne, estetyczne… To bardzo dobra płyta, nagrana przy udziale wybitnych współtwórców, co przy talencie głównej Artystki musiało równać się sukcesowi. 

Pojawiają się tu znane nazwiska, nie tylko z Portugalii. Bo oto w utworze Encontro pojawia się Richard Bona, który udziela się wokalnie, gra na gitarze basowej i jest współodpowiedzialny za aranżację. W utworze Moon możemy usłyszeć irańską artystkę Tarę Tiba, która wraz z Diogo Clemente jest także autorką muzyki do tej piosenki. Pojawia się też portugalska Artystka Dulce Pontes, która ma spory wkład w utwór É Elle Que Me Canta a Mim. Nie tylko śpiewa – napisała muzykę i słowa, zagrała na pianinie i zaaranżowała ten utwór. Wyszło genialnie. Jest też utwór Fado Laranjeira Alfreda Marceneiro, który na płycie Marta Pereira da Costa śpiewa genialny Camané. Rui Veloso napisał natomiast muzykę do wspaniałego utworu Casa Encantada, który przy okazji zaśpiewał. Gościnnie pojawił się na płycie jeszcze Pedro Jóia, który zagrał na gitarze w skomponowanym przez siebie utworze Ícaro, a także współaranżował go. Aranżerem większości utworów na płycie był Filipe Raposo, portugalski pianista, kompozytor i aranżer.

Nie muszę chyba dodawać, że w każdym utworze pojawia się gitara portugalska w wykonaniu jej mistrzyni, bo do grona mistrzów możemy już zaliczyć Martę Pereirę da Costa. Jest ona też współautorką aranżacji większości utworów z płyty. Natomiast do utworów Terra, Movimento, Viagem oraz Minha Alma Artystka sama napisała muzykę. Trzeba przyznać, że to bardzo dobre utwory. Terra był zresztą singlem promującym płytę, powstał też to tego kawałka teledysk, który znajdziecie poniżej.

Mimo iż głównym, przewodnim tematem płyty jest gitara portugalska, instrument na którym gra Marta Pereira da Costa, nie jest to album do końca w stylu fado. Podkreślała to zresztą Artystka w wypowiedziach na temat płyty, i to na niej słychać. Debiutancki krążek Marty to mieszanka world music, jazzu i fado, bardzo wdzięczna i przyjemna dla ucha. Artystka chciała nadać nowego brzmienia swojemu instrumentowi, umiejscowić to jego brzmienie w innych niż typowe fado dźwiękach i bardzo dobrze jej się to udało. Trafnie dobrała repertuar do tego typu eksperymentu i efekt jest zachwycający. Docenili to zresztą słuchacze, którzy licznie sięgnęli po płytę, dzięki czemu wspięła się ona dosyć wysoko na portugalskich listach sprzedaży. Nie wiem czy płyta jest dostępna poza Portugalią, na pewno można ją kupić w sklepie Amazon, a w wersji cyfrowej w naszym Empiku (tutaj), jednak książeczka została opatrzona w opisy portugalskie i angielskie, co jest dobrym początkiem do podboju tzw. zagranicy.

Pod koniec maja tego roku w lizbońskim Teatro Tivoli BBVA odbył się fantastyczny koncert Artystki i zaproszonych przez nią gości, m.in. tych z płyty. Jeden z naszych czytelników, pan Wiesław, był na tym koncercie i donosił, że było wydarzenie niesamowite, Artyści wypadli genialnie, a sama Marta Pereira da Costa wyznała mu potem, że po raz pierwszy daje autograf po angielsku. Jestem pewny że nie po raz ostatni, a panu Wiesławowi zazdroszczę ;-)
A płytę polecam!







środa, 9 sierpnia 2017

Portugalskie akcenty na 17. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty we Wrocławiu

We Wrocławiu trwa 17. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty, od 3 do 13 sierpnia. Trochę późno się zabrałem za przeglądanie repertuaru, bo niestety nie jestem na festiwalu, ale okazało się, że w tym roku można zobaczyć kilka ciekawych filmów portugalskich. Niektóre z nich nie będą miały już pokazów, ale na inne można się jeszcze załapać. 

Jednym z ciekawych filmów wydaje się być portugalsko-francusko-brazylijski Ornitolog w reżyserii  João Pedro Rodriguesa. Tytułowy bohater wybiera się nad jedną z rzek w północnej Portugalii by oddać się swojej pasji obserwowania ptaków, zwłaszcza rzadkich gatunków zamieszkujących te rejony. Obserwację przerywają mu dwie Chinki podróżujące na tej trasie do Santiago de Compostela, co powoduje dalszy bieg historii przedstawionej mistrzowsko w filmie. Jak czytamy na stronie festiwalu, „w zachwycającym wizualnie […] Ornitologu mistyka sąsiaduje z homoerotyzmem, sacrum łączy się z profanum, a groza z humorem. Swoim piątym pełnym metrażem João Pedro Rodrigues udowadnia, że jest dziś jednym z najciekawszych twórców kina portugalskiego, które nie przestaje zaskakiwać i inspirować”. 
Film będzie jeszcze można obejrzeć 12 sierpnia o 16.15. Więcej tutaj.



Fabryka niczego w reżyserii Pedra Pinho to współczesne kino polityczne, zaangażowane. To historia fabryki wind w Lizbonie stopniowo likwidowanej w ukryciu przed pracownikami, by wznowić produkcję w innym, tańszym miejscu. Robotnicy protestują, ale też podejmują inicjatywę by w fabryce samodzielnie wznowić produkcję. Na stronie festiwalu czytamy: „Debiut Pedro Pinho to dramat, musical i komedia w jednym; elegia o śmierci człowieka pracy, film, który odważnie staje twarzą w twarz z najtrudniejszymi wyzwaniami naszych czasów, patrząc przy tym w przeszłość zaangażowanego kina i pytając o możliwość artystycznego protestu. Takich filmów nam trzeba, kiedy ziemia drży”. 
Film na festiwalu będzie jeszcze można zobaczyć 12 sierpnia o godz. 12.15. Więcej tutaj.



Jeszcze jeden film, na który warto zwrócić uwagę ze względu na portugalskie wątki to Zmierzch Freda Kelemena pokazywany w retrospektywie tego reżysera. To obraz z 1999 roku, do którego zdjęcia powstawały w Berlinie, Porto i w Görlitz. Pośród dźwięków fado poznajemy historię bezrobotnego Antona, który swoimi problemami nie chce dzielić się z ukochaną, co powoduje spięcia między nimi. Po jednej z kłótni spędzają osobno noc, podczas której każde z nich doświadcza wrażeń nie pozostających bez wpływu na dalszą walkę o ich miłość. Dziś film był pokazywany na festiwalu po raz ostatni, ale nie jest to nowy obraz, więc może uda się Wam (i mi) obejrzeć go w jakimś innym miejscu. 
Więcej tutaj.



Pisząc powyższe teksty posiłkowałem się opisami znajdującymi się na stronie festiwalu www.nowehoryzonty.pl. Zamieszczone w poście zdjęcia również pochodzą z tej strony.


niedziela, 16 lipca 2017

Koncerty nie tylko fado, noc św. Antoniego i targi książki, czyli o tym, co było najciekawszego w czerwcu w Lizbonie

W Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
Czerwiec w Lizbonie to fantastyczny czas. W tym roku byłem już po raz drugi w Lizbonie właśnie w czerwcu, jednak pierwszy raz w czasie fiesty z okazji dnia św. Antoniego. Dużo się w tym czasie dzieje, a na ulice wylewają tłumy. Nie tylko nocą, ale i w dzień. I o dziwo wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, ludzie tworzyli niesamowitą atmosferę, wystarczyło odrobinę muzyki i od razu wszyscy tańczyli, cieszyli się i obejmowali.
Maria Ana Bobone (fot. Krzysztof Rosenberger)
Muzyczne wydarzenia czerwca to dla mnie jeden z najważniejszych elementów pobytu w Lizbonie, bo zawsze mam niedosyt portugalskiej muzyki, której u nas ciągle jest tak mało (jeśli chodzi o koncerty). Udało mi się być na kliku, na paru nie, bo się pokrywały z innymi. Przez przypadek trafiłem na koncert Marco Oliveiry w kościele św. Antoniego, nie widziałem tego wydarzenia w żadnym programie, a tu taka niespodzianka. Niektórzy z Was pewnie widzieli i słyszeli tego Artystę w Gdańsku na Siesta Festivalu w 2016 roku, mnie jednak tam nie było. Inni z Was będą mogli go usłyszeć w październiku w Sieradzu i Wejherowie. Tymczasem w czerwcu w Lizbonie Marco Oliveira występował kilkakrotnie w różnych miejscach, zawsze ściągając tłumy. Podobnie mogliście słyszeć na wymienionym przed chwilą festiwalu, tym razem w tym roku, Marię Anę Bobone. Okazało się, że to wspaniała Artystka, zdolna i o bardzo ładnym ciekawym głosie. W kościele św. Antoniego dała niesamowity koncert, nie tylko śpiewała – podczas kliku utworów grała też na gitarze. Na co dzień możecie ją usłyszeć w Casa do Fado w Alfamie. Inny koncert odbył się na scenie FNACa w Chiado. Tam swoją najnowszą płytę promował Miguel Araújo. Dotychczas znałem jego twórczość wybiórczo. Wiedziałem, że koncertował z Antóniem Zambujo i Aną Mourą i znałem ich wspólne występy z Youtube, wiedziałem, że napisał kilka utworów dla Any Moury, miałem nawet ulubione jego solowe piosenki. Na żywo jednak pokazała się dla mnie cała klasa tego Artysty, który fenomenalnie śpiewa, gra na banjo i gitarze i bez najmniejszego wysiłku oczarowuje publiczność. Wśród genialnych wykonań pojawił się m.in. utwór Fado Dancado, który znalazł się na ostatniej płycie Any Moury, i którego autorem jest właśnie Araújo.

Miguel Araújo
Gorzej było z koncertami z cyklu Fado no Castelo, a właściwie z biletami na nie. Obowiązywały darmowe wejściówki, które można było odebrać w kasie zamku lub w Muzeum Fado. Chętnych było chyba kilkanaście razy więcej niż miejsc, więc nie wystarczyło stać w kolejce, lecz trzeba było zająć w niej miejsce kilka godzin wcześniej. Mi się nie udało ani razu. Niewielkim, ale jednak pocieszeniem jest to, że występy było też słychać poza murami zamku, można było więc przysiąść przed bramą i słuchać. A było warto. Odbyły się trzy różne koncerty o trzech różnych tematach: Fado & Flamenco, Fado & Chorinho, oraz Fado & Tango. Wokalistami byli odpowiednio Ana Sofia Varela, Marco Rodrigues i Ricardo Ribeiro. Każdemu z koncertów towarzyszył zespół wybitnych muzyków, z Luísem Guerreiro na czele.
Ciekawe były też niektóre koncerty z cyklu Fado & the City, jednak te na których najbardziej mi zależało pokrywały się z innymi wydarzeniami, w których chciałem wziąć udział, więc w sumie za wiele z nich nie skorzystałem. Równie interesujące występy odbywały się na miniaturowej scenie na placu obok dworca Rossio. Niestety nie wiem, kto tam występował (z imienia i nazwiska), a szkoda, bo niektórzy wykonawcy byli naprawdę godni uwagi, przykuwali swoją muzyką i zmuszali do zatrzymania się choć na chwilę. To co prezentowali wpisywało się, najogólniej rzecz ujmując, do nurtu szeroko pojętego world music. Podobni wykonawcy występowali w kafejkach przy Avenida da Liberdade. Tam zawsze można liczyć na jakiś występ, nawet zimą.

83. Feiro do Livro de Lisboa
Z wydarzeń niemuzycznych najważniejsze były oczywiście targi książki, czyli Feira do Livro de Lisboa, które w tym roku, już po raz 83., odbywały się w dniach 1–18 czerwca w Parque Eduardo VII. Uwielbiam spacerować między stoiskami ustawionymi na świeżym powietrzu i oglądać, co oferują swoim czytelnikom tutejsi wydawcy. Zawsze jest to też świetna okazja by porównać, co wydaje się u nas, a co w Portugalii (oni już mają najnowszą Zadie Smith, a my nie), jakich polskich pisarzy się tu wydaje (niewielu), i jakie jest zainteresowanie imprezą. Spore, o czym świadczy fakt, że targi trwają aż 18 dni, a nie tak jak u nas trzy czy cztery.

Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Najważniejszym wydarzeniem czerwca w Lizbonie jest oczywiście noc św. Antoniego i poprzedzająca ją parada czyli Marches Populares. Tego dnia od rana dało się wyczuć poruszenie wśród lizbończyków, pewnego rodzaju podniecenie połączone z oczekiwaniem na ten ważny wieczór. Parada rozpoczęła się o 21.30 mniej więcej pośrodku Avenida da Liberdade. Oczywiście by móc zająć najlepsze miejsca do śledzenia reprezentacji poszczególnych dzielnic Lizbony, które na ten wieczór przygotowują wymyślne stroje, piosenki i układy taneczne, trzeba przyjść dużo dużo wcześniej. Ja i moi towarzysze nie byliśmy na tyle wytrwali i zjawiliśmy się dopiero ok. 21.00. Miejsce znaleźliśmy w okolicach przystanku przy Praça dos Restauradores, w pobliżu Palácio Foz. Nie było to zbyt dobre miejsce. Pierwsza reprezentacja dzielnic, nawet nie pamiętam już która (wygrała jak prawie co roku Alfama), pojawiła się tutaj dopiero koło 22.00, następna za pół godziny i tak dalej, tak więc głównie czekaliśmy. A że czekać nie lubimy, wkrótce postanowiliśmy wyruszyć, by świętować noc św. Antoniego razem z lizbończykami i setkami turystów, którzy specjalnie na tę okazję przybyli do stolicy Portugalii. Skierowaliśmy się do Alfamy zahaczając o zamek. Co tam się działo! Ulice pełne były wesołych, tańczących i śpiewających tłumów spowitych zapachami grillowanych sardynek i unoszących się z grillów dymów. Dominowała radosna atmosfera, nieznajomi poznawali się w tańcu, wspólnie pili sangrię lub piwo i zostawali przyjaciółmi. I my po drodze wychyliliśmy kilka porcji stosownych trunków, zjedliśmy sardynki, potańczyliśmy i pośpiewaliśmy (bo muzyka była różna, także ta którą znaliśmy, np. Desfado Any Moury czy Meu Amorde de Longe Raquel Tavares. Wspaniała noc, Jak się okazało nie ostatnia, bo następnej było podobnie, i jeszcze następnej też. Polecam ten okres w Lizbonie, nawet nieimprezowicze jak ja nie będą żałować ;-).

Noc św. Antoniego w Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
A co jeszcze w Lizbonie? Dużo się zmienia, choć jeśli ktoś jest tutaj przynajmniej raz w roku, zmiany te nie rzucają się tak bardzo w oczy. Sporo się remontuje i odnawia, co cieszy. Wiele miejsc jest ciągle rozkopanych, jak choćby tereny przy Casa dos Bicos i dalej wzdłuż Rua da Alfândega, wiele prac już zakończono i teraz cieszą oczy. Cieszę się, że Lizbona się zmienia na lepsze. Są też zmiany na gorsze, np. coraz więcej turystów, także z Polski. Muszę to napisać, i pewnie nie dotyczy to czytelników tego bloga (taka mam przynajmniej nadzieję), ale turyści z Polski to osoby, których w Lizbonie staram się unikać, bo często się ich wstydzę. Są krzykliwi, roszczeniowi i konfliktowi, takie mam przynajmniej spostrzeżenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy, może nawet nie większość, jednak Ci którzy tacy są najbardziej rzucają się w oczy i wystawiają nam świadectwo...
By jednak nie kończyć tego posta zbyt posępnie, dodam że Pastel de Nata i bica rekompensują wszystko. Właściwie już dla samej portugalskiej kawy warto przyjechać do tego pięknego kraju. A przecież jest jeszcze cała kuchnia portugalska, wspaniałe zupy, pyszne ryby i owoce morza i nieziemskie w smaku desery. I saudade, które już kiedyś we mnie utknęło, i tak trwa i trwa...


W noc św. Antoniego gdzieś w okolicy zamku (filmował Krzysztof Rosenberger)

Pewnej czerwcowej nocy na Portas do Sol (filmował Krzysztof Rosenberger)


Marco Oliveira z zespołem (fot. Krzysztof Rosenberger)
83. Feiro do Livro de Lisboa (fot. Krzysztof Rosenberger)
83. Feiro do Livro de Lisboa (fot. Krzysztof Rosenberger) 
W Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
Maria Ana Bobone z zespołem (fot. Krzysztof Rosenberger)
W oczekiwaniu na paradę
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
W Alfamie

83. Feiro do Livro de Lisboa
83. Feiro do Livro de Lisboa
W Alfamie 
W Alfamie

W Alfamie

W oczekiwaniu na paradę

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)