wtorek, 18 października 2016

Portugalskie nowości płytowe - subiektywny wybór (4)

Tym razem sporo czasu minęło od ostatniego przeglądu (zob. tutaj) i zapewne sporo płyt mi umknęło, mam nadzieję, że jednak przynajmniej te najważniejsze udało mi się dostrzec. Było ich naprawdę dużo, skupiłem się więc na moich absolutnie ulubionych, tych które przynajmniej trochę udało mi się poznać i posłuchać, jeszcze zanim zacząłem pisać posta. Przeważają tu płyty fado, bo ten gatunek portugalskiej muzyki lubię najbardziej. Ciekawe, czy w poniższym zestawieniu są Wasze ulubione albumy...



Teresa Salgueiro Horizonte

Na nagrania Teresy Salgueiro zawsze czekam z utęsknieniem, bo ciągle, od czasów filmu Lisbon Story fascynuje mnie jej głos. W opisie płyty w sklepie Fanc napisano, że nie jest przesadą zaklasyfikowanie głosu Teresy jako niematerialnego dziedzictwa dóbr współczesnej kultury portugalskiej. Na Horizonte znalazł się nowy materiał, którego kształt i brzmienie jest wynikiem czterech lat podróży i koncertów na całym świecie związanych z promocją poprzedniej płyty O Mistério. Tytułowy singiel Horizonte, ze słowami Teresy Salgueiro i jej współkompozycją wraz z magicznym teledyskiem zapowiadają fantastyczny materiał.



António Zambujo Até pensei que fosse minha

1 października ukazał się nowy album Antónia Zambujo Até pensei que fosse minha. Jest to płyta z utworami Chico Buarque, brazylijskiego muzyka i pisarza. Na płycie jest jeden duet z Brazylijczykiem – utwór Joana Francesa; są też duety z Carminho (utwór O Meu Amor) i Robertą Sá (utwór Sem Fantasia). Nie mogę się doczekać, momentu, w którym będę mógł posłuchać tej płyty w domu!



Marta Pereira da Costa Marta Pereira da Costa

Ta wspaniała płyta ukazała się już w maju. Marta Pereira da Costa jest świetną gitarzystką gitary portugalskiej, jedną z nielicznych kobiet grających na tym instrumencie, a już na pewno nieliczną grającą tak dobrze. Na płycie, której singlową Terrę pewnie już znacie, towarzyszą jej znamienici goście, którzy użyczają swojego głosu lub innego talentu muzycznego. Pojawiają się Camané, Dulce Pontes, Rui Veloso, Pedro Joía, Richard Bona oraz irańska artystka Tara Tiba.


Yolanda Soares Royal Fado

Trzeci album Yolandy Soares ukazał się we wrześniu. To płyta inspirowana twórczością Amálii Rodrigues z tekstami wybitnych twórców słowa, jak Camões, i wielkich kompozytorów, wśród których jest Alain Oulman. Yolanda Soares nadaje utworom z płyty romantyzm opery, ale także dźwięki z muzyki światowej takiej jak flamenco, tango czy orientalnej. Królewskie Fado Yolandy Soares ma duszę Artystki, a łączenie z fado wyżej wymienionych stylów daje wspaniały efekt, który możecie posłuchać w pierwszym singlu z płyty pt. O Nosso Povo, do którego teledysk powstał w Coimbrze, w pięknej Bibliotece Joanina (o której w przyszłości też przygotuję post) oraz na dziedzińcu przed nią.



Caixa Alfama

Dwupłytowy album zawiera utwory Artystów, którzy wystąpili na tegorocznej edycji festiwalu Caixa Alfama. Wśród nich znaleźli się m.in. Carminho, Ricardo Ribeiro, Gisela João, Raquel Tavares, Aldina Duarte, Marco Rodrigues, Fábia Rebordão i wielu innych. Doskonały album dla tych, którzy nie mogą mieć osobnych płyt każdego z wykonawców.





Rodrigo Leão & Scott Matthew Life is Long


Najpierw Scott Matthew  przyjął zaproszenie Rodrigo Leão przy okazji jego płyty A Montanha Mágica, a teraz wspólnie nagrali całą płytę. Niezwykle ciekawą i przyjemną w słuchaniu. Rozpoznawalny głos Scotta Matthew doskonale wpasowuje się w kompozycje Rodrigo Leão, a i tak najlepiej obaj panowie brzmią podobno na scenie. Niestety nie miałem okazji sprawdzić, ale może Wy byliście na ich koncercie? Duet jest obecnie w trasie koncertowej, która wychodzi poza Portugalię – w listopadzie będą koncerty w Hiszpanii, a w marcu w krajach niemieckojęzycznych.



Fábia Rebordão Eu

Pod koniec września ukazał się drugi album studyjny Artystki, która jest uważana za jeden z najlepszych głosów nowego fado. Chyba zasłużenie, przynajmniej po tym co mogliśmy usłyszeć do tej pory. Singiel z płyty, Falem Agora, też brzmi niesamowicie. Nazwiska, z którymi Fábia Rebordão współpracowała przy tworzeniu albumu muszą gwarantować sukces i wysoką jakość. Producentami byli New Max (Expensive Soul) i Jorge Fernando, a autorami utworów m.in. Pedro Silva Martins, Dino D'Santiago, Jorge Fernando, Tozé Brito czy Rui Veloso. Sama Fábia też jest autorką kilku piosenek, które znalazły się na płycie. W utworze Alice na gitarze portugalskiej towarzyszy jej legenda tego instrumentu Custódio Castelo.



Cristina Branco Menina

Cristinę Branco uwielbiam bezwarunkowo i każdy jej album potwierdza, że słusznie. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość o kolejnej płycie tej fantastycznej Artystki. Na razie przesłuchałem ją tylko fragmentarycznie, ale to wystarczy by stwierdzić, że to płyta doskonała. Sami posłuchajcie. Na zachętę wymienię kilka nazwisk osób, które przy płycie z Cristiną współpracowały: Ana Bacalhau (Deolinda), Kalaf (Buraka Som Sistema), Jorge Cruz (Diabo na Cruz), Luis Severo (Cão da Morte), Cachupa Psicadélica, Peixe i Nuno Prata (Ornatos Violeta) Mário Laginha, Pedro da Silva Martins i Luis Martins (Deolinda) czy pisarz António Lobo Antunes. Nie mogę się też doczekać, aż usłyszę materiał na żywo łudząc się, że Artystka w końcu zawita do Polski.



Helder Moutinho Manual do Coração

Autorem słów do wszystkich utworów na płycie, która ujrzała światło dzienne w maju, jest João Monge. Muzykę napisali tak znani Artyści, jak Carlos Barretto, João Gil, Zeca Medeiros, Manuel Paulo, Marco Oliveira, Mário Laginha, Pedro da Silva Martins & Luís José Martins (Deolinda), Ricardo Parreira oraz Vitorino. Na krążek brata Camané składa się 15 świetnych utworów w stylu fado.






Raquel Tavares Raquel

Trzecia płyta Raquel Tavares, zaliczanej do najważniejszych głosów współczesnego fado, zabiera nas do świata tego gatunku muzyki, gdzie przez 11 utworów króluje jego głębia i prawdziwy artyzm fado, któremu poddajemy się już przy pierwszych dźwiękach i trwamy w nim na długo po wybrzmieniu płyty. Muzykę dla Raquel skomponowali m.in. António Zambujo, Miguel Araújo, Tiago Bettencourt, Rui Veloso oraz Jorge Cruz, a w nagraniu płyty wzięli udział Carlão, Rui Veloso i António Serrano.



Pedro Moutinho O Fado em Nós

Płyta Pedra Moutinho, drugiego brata Camané, ukazała się jeszcze w lutym, ale w poprzednim przeglądzie o niej nie pisałem. A pominięcie jej byłoby sporym przeoczeniem, bo to świetny materiał inspirowany starszym fado. Płyta powstała w studio Muzeum Fado, muzycy towarzyszący Pedrowi nagrali ją wszyscy razem w jednym czasie, a efekt jest co najmniej fantastyczny. Sami posłuchajcie. Fado jest w nas.




Madur Madur

Drugi album Madur ukazał się w kwietniu, a promował go bardzo udany utwór Vem de Expresso z „lizbońskim” teledyskiem. Płytę produkowała sama Madur we współpracy z Diogo Clemente i Valterem Rolo. Wśród dwunastu utworów na płycie siedem to oryginalne kompozycje, a pozostała piątka to tradycyjne fado w wersji Madur. Przy nagrywaniu tego materiału towarzyszyli jej zacni muzycy: na gitarze portugalskiej Ângelo Freire i Guilherme Banza, na gitarze klasycznej Diogo Clemente, na gitarze basowej António Quintino, André Silva na instrumentach perkusyjnych, a Valter Rolo na klawiszowych.


Luísa Soares O Fado e o Sonho


Luísa Soares jest posiadaczką pięknego aksamitnego głosu, który na co dzień można usłyszeć w domach fado w Lizbonie i w Estoril, a zdarzają się też koncerty zagraniczne. Nowa płyta Artystki to różnorodne tematycznie fado, które w wykonaniu Luísy Soares brzmią szczególnie pięknie. Na płycie zagrali dodatkowo António Jorge na gitarze portugalskiej, João Ramos na gitarze akustycznej oraz João Adelino na basie.

czwartek, 13 października 2016

„Zima w Lizbonie” – miłość i samotność, alkohol, jazz i Lizbona nocą w powieści Antonio Muñoz Moliny + KONKURS

Miłość, muzyka, sztuka i alkohol są wysuwającymi się na pierwszy plan bohaterami powieści Antonio Muñoz Moliny Zima w Lizbonie. Nie najnowszej, ale ponownie u nas wydanej, tym razem nakładem wydawnictwa Rebis, i opatrzonej epilogiem autora pt. Tak wiele lat później z 2014 r. Na podstawie powieści powstał w 1991 r. film, o którym autor wspomina w epilogu, opatrzony opisem jako thriller. W filmie zagrał m.in. polski aktor Mirosław Zbrojewicz oraz amerykański jazzman Dizzy Gillespie. Zanim jednak sięgniecie po film polecam najpierw lekturę. Ja właśnie przeczytałem Zimę w Lizbonie po raz drugi i nie zmieniłem zdania, że warto.

Jak już wspomniałem, muzyka jest jednym z bohaterów książki, a dokładnie utwór Lizbona skomponowany przez Billego Swana, członka i szefa zespołu, w którym występował Santiago Biralbo, a właściwie już wtedy Giacomo Dolphin. Skąd ta zmiana nazwiska, jakie wydarzenia do tego doprowadziły dowiecie się czytając powieść. W każdym bądź razie większą część historii poznajemy z opowieści Billego Swana, a nam, czytelnikom opowiada ją narrator, dawny przyjaciel Biralba.

Bohaterów poznajemy w Madrycie, w klubie nocnym „Metropolitano”, gdzie występuje grupa Giacomo Dolphin Trio. Narrator spotyka tam Biralba po kilkuletniej przerwie, i to spotkanie jest niejako inspiracją do opowiedzenia historii muzyka. Historii, w której oprócz jazzu dużą rolę odegrała nieszczęśliwa miłość. Pojawia się Lukrecja i już samo jej imię wydaje się trochę niesamowite, trochę wzbudzające strach, że na pewno będą z nią kłopoty. I po części są to uzasadnione obawy. Lukrecja i Biralbo zakochują się w sobie, mimo iż ona jest żoną innego, Malcolma, który zresztą na początku tej historii oszukał Biralba. Jednak to miłość tych dwojga kochanków, ukrywających się ze swoim uczuciem w hotelach na godziny, namieszała sporo w dalszym biegu opowiedzianej historii. W kolejnych rozdziałach Lukrecja i pianista co jakiś czas spotykają się w różnych miejscach, a także korespondują ze sobą, gdy Lukrecja i Malcolm wyjeżdżają do Berlina. Ta korespondencja też ma znaczenie dla rozwoju akcji, niespiesznej zresztą, aczkolwiek wciągającej.

Pomiędzy stronami poznajemy ten wątek powieści, w którym Lukrecja z Macolmem są poza San Sebastian, początkowym miejscem zamieszkania wszystkich bohaterów i miejscem początku całej historii (na początku wspomniałem o Madrycie, tam jednak zaczyna się opowieść, jednak nie jej początki). Małżonek bohaterki prowadzi nielegalne interesy związane m.in. z handlem sztuką. Jeden z wątków opowiada o tym, co wydarzyło się pewnej sylwestrowej nocy, którą Lukrecja i Malcolm spędzają z inną parą dosyć nieprzyjemnych typów. Ba, nieprzyjemnych to mało powiedziane. Nie chcielibyście ich spotkać 
na ulicy nawet w dzień. Na chwilę pojawia się jeszcze kolejny bohater o pseudonimie Portugalczyk, jednak jego los jest raczej przesądzony. Dowiecie się dlaczego. Ta noc sprawiła, że Lukrecja odważyła się odejść od męża, wiedząc jednocześnie, że skazuje się na ciągłą ucieczkę i ukrywanie się przed wyżej wymienionymi typami. To wówczas wraca na chwilę do San Sebastian i opowiada swoją wersję tej historii dawnemu kochankowi, którego uczucia do Lukrecji ożywają w jednej chwili. W wyniku różnych postanowień tych dwojga wraca temat Lizbony, już nie tylko w piosence. Ale czy kochankowie docierają tam razem? Nie zdradzę, by nie psuć Wam lektury. Napiszę tylko, że o naszym ulubionym mieście Biralbo, który, tak, znalazł się tam, opowiada tak, jakbyśmy oglądali stary czarno-biały film z niespieszną akcją, dobrą muzyką i doskonale kadrowanymi scenami. Trochę oddaje to okładka książki (mimo iż zdjęcie na niej jest współczesne). Nie padają żadne nazwy miejsc, mijanych ulic i placów poza Birmą. No właśnie, Birma w Lizbonie to coś, co też przeplata się od początku tej historii. W końcu wraz z Biralbem poznajemy to miejsce. Wtedy też dowiadujemy się, również razem z naszym jazzmanem, o pewnym cennym obrazie. W poprzednim moim poście o Zimie w Lizbonie, dotyczącym innego wydania książki (tutaj), napisałem o jakiego malarza chodzi, wnikliwym pozostawiam odnalezienie tej informacji (zamiast w poście polecam jednak w książce). Czy Lukrecja albo jej były (?) mąż również mają z tym coś wspólnego? Nawet niezbyt uważna lektura pozwoli Wam odpowiedzieć na te pytania.

Tymczasem z opisów Lizbony Biralba wiemy, że błądząc zaspanymi uliczkami mija tramwaj, wjeżdża windą Santa Justa do górnej części miasta, a z dworca Casis do Sodre ciemną nocą jedzie pociągiem do Cascais, jednak nie wysiada na ostatniej stacji. Cóż to zresztą była za jazda! W Cascais odnajduje dom, Quinta dos Lobos, który był celem jego podróży. Ciekaw jestem, jakie jeszcze miejsca w Lizbonie i okolicach rozpoznacie Wy po przeczytaniu powieści. I jak Wam się podoba taka Lizbona, której niby w książce nie ma zbyt wiele, a jednak snuje się przez całą historię... Waszej ocenie pozostawiam też, czy książka rzeczywiście zasługuje na pochwały. I zapraszam do konkursu :-)


Autor (źródło zdjęcia tutaj)

Autor książki, Antonio Muñoz Molina, to urodzony w 1956 r. w Úbeda hiszpański pisarz. Zima w Lizbonie to jego druga powieść, która doczekała się kilkudziesięciu wznowień, w tym najnowszego w edycji wydawnictwa Rebis. Pisarz jest członkiem Królewskiej Akademii Hiszpańskiej, laureatem wielu nagród hiszpańskich i międzynarodowych. W Polsce ukazało się kilka tytułów książek Moliny, oprócz Zimy w Lizbonie m.in. Jeździec polski, Wiatr księżyca, We mgle czasów, czy Nieobecność Blanki. Na podstawie jego powieści powstały też filmy, w tym Zima w Lizbonie (w 1991 r.), a sam Antonio Muñoz Molina pojawiał się w filmach kilka razy jako aktor.
Antonio Muñoz Molina; przeł. Wojciech Charchalis
Zima w Lizbonie
Dom Wydawniczy REBIS 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania są dwa egzemplarze książki Zima w Lizbonie ufundowane przez Dom Wydawniczy Rebis, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.

poniedziałek, 3 października 2016

Ana Moura wystąpiła w Bielsku-Białej (29 września 2016) + KONKURS


Czwartkowy występ Any Moury w Bielsku-Białej był moim drugim koncertem tej fenomenalnej Artystki, na którym byłem, a w perspektywie jest już trzeci – we Wrocławiu w przyszłym roku. A może jeszcze coś po drodze się wydarzy? Ale na razie skupię się na minionym występie. Dodam jeszcze, choć było już o tym sporo, także na stronie my lisbon story na Facebooku, że początkowo koncert miał się odbyć 19 maja, jednak basista grający w zespole Any złamał palec prawej dłoni, co spowodowało przełożenie kilkunastu koncertów na jesień, a m.in. ten w Lublinie został odwołany.
Ale w końcu portugalska gwiazda fado przybyła do Bielska i dała niesamowite show. Niezwykle rozśpiewane, magiczne, z całą feerią dźwięków towarzyszących jej głosowi instrumentów – przede wszystkim gitary portugalskiej, ale też basowej i klasycznej, a także doskonale wpasowujących się w konwencję koncertów (ale też ostatnich płyt Any) instrumentów klawiszowych i perkusyjnych.

Tradycyjnie muzycy jako pierwsi weszli na scenę. Tego wieczoru, jak i podczas innych koncertów Any Moury Mario Costa zagrał na instrumentach perkusyjnych, João Gomes na klawiszach, Pedro Soares na gitarze klasycznej, André Moreira na gitarze basowej i niesamowity Ângelo Freire na gitarze portugalskiej. Choć tak naprawdę po tym koncercie czuję niedosyt, jeśli chodzi o grę Ângelo Freire – w Bielsku-Białej nie usłyszeliśmy zbyt wielu jego genialnych solówek, takich jakimi miałem okazję rozkoszować się chociażby na moim poprzednim koncercie Any (pisałem o nim tutaj). Czuję niedosyt.
Niedosyt czuję też w odniesieniu do całego koncertu. Przede wszystkim nie było Fado Loucura, nad którym rozpływałem się po koncercie w Wiedniu. Tam Ana zaśpiewała ten utwór na bis, w Bielsku było tylko Desfado, fakt że niezwykle udane i porywające, które publiczność wysłuchała na stojąco, trochę tańcząc, jednak to ową publiczność winię za brak Loucury, bo właściwie nie domagała się drugiego bisu. Ale może się czepiam, może po prostu nie był zaplanowany…


A zaczęło się tak, jak zaczyna się płyta Moura (pisałem o niej tutaj), którą Ana promuje podczas obecnej trasy koncertowej, czyli od cudnego Moura Encantada. Już w tym utworze Artystka w pełni pokazała walory swojego mocnego głosu, który jeszcze nie raz podczas tego koncertu spowodował pojawienie się gęsiej skórki na ciele – podejrzewam że nie tylko moim… 
Dalszy przebieg koncertu był podobny do tego w Wiedniu, nie będę więc opisywać kolejności utworów. Skupię się na różnicach. W pierwszej części nie było ich zbyt wiele. Zjawiskowo wypadły taneczne (chyba można tak o nich powiedzieć?) utwory Fado Dançado i O Meu Amor Foi Para o Brasil. Przy pierwszym z nich Ana w skrócie przypomniała, że utwór nawiązuje do muzyki z północy Portugalii oraz do tego, że w XIX w. fado było tańcem. Niestety Ana tym razem nie wykonała Maldição, było za to inne fado, którego tytułu nie rozpoznałem od razu. Teraz gdy próbuję go ustalić, w wielu słuchanych utworach słyszę ten z Bielska. Może ktoś z Was zapamiętał co to było?

André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares
Program koncertu był zaplanowany w ten sposób, że można go podzielić na dwie części oddzielone solówkami muzyków przygrywających Anie. Był to właściwie jeden dosyć długi (choć zdecydowanie krótszy niż w Wiedniu) utwór, w którym muzycy po kolei prezentowali swoje umiejętności podczas zachwycających solówek. Najbardziej podobały mi się oczywiście dokonania Ângelo Freire, być może dlatego, że nie tak często jak inne instrumenty mam okazję posłuchać na żywo gitary portugalskiej. I to w wykonaniu jej mistrza. Podczas występu muzyków Ana zeszła ze sceny, na którą wróciła w białej sukience (w pierwszej części występowała  w czarnej). Może nie do końca białej, być może był to kolor kremowy lub jakiś podobny… Moją uwagę zwróciła wysokość szpilek butów – koleżanka oszacowała, że było to co najmniej 20 cm, plus spory koturn. Podziwiam Anę, bo tańczyła przy tym na scenie, jakby występowała boso…

Bardzo miłą niespodzianką był utwór Clandestinos do Amor, który otworzył drugą część koncertu. Wcześniej pisałem, że chciałbym go usłyszeć na żywo i proszę, usłyszałem :-). Chyba jeszcze lepiej niż w Wiedniu zabrzmiał Lilac Wine, o który niektórzy z Was pytali przed i po koncercie. Było, i było piękne, pięknie zapowiedziane, jako utwór, który po przetłumaczeniu na portugalski jest idealnym fado. A przyznacie, że jeśli chodzi o muzykę, też się idealnie
wpasowuje. Doskonale zabrzmiało Eu Entrego, mimo iż bez Omary Portuondo, która towarzyszy Anie na płycie; to zresztą bardzo koncertowy utwór, na żywo słucha się go niemal jak lekarstwa kojącego smutki i troski. Zdecydowanie zyskuje live. Podobnie zresztą jak Tens Os Olhos De Deus, które tym razem nie wypadło z programu (w Wiedniu utwór pominięto, mimo iż pierwotnie miał być wykonany – Ana dała wówczas odpowiedni znak muzykom, a publiczności powiedziała, że będą małe zmiany w repertuarze w stosunku do tego, co zaplanowała). I bardzo dobrze, bo to kolejny utwór tworzący wspaniałą atmosferę koncertu. Nie zabrakło też mojego ulubionego Valentim, ulubionego zwłaszcza w tej nowej ekspresyjnej wersji Any. A potem padły pierwsze słowa z Dia Da Folga i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Prawie, bo
koncertowa wersja trwa chyba ze dwadzieścia minut, Ana namawia publiczność do akompaniamentu klaskaniem, a ta wykonuje jej polecenia z wielką chęcią. Wydaje się, że to będzie trwać wiecznie, ale niestety kończy się. Jeszcze tylko bis, o którym już wspomniałem, czyli Desfado, również przy współudziale publiczności, która już nie usiadła po tym, jak wywołała Anę i jej zespół owacjami na stojąco. A potem pozostał już tylko niedosyt, o którym wspominałem na początku. Może dobrze, że pozostał – z tym większą niecierpliwością będę czekać na kolejny koncert Any Moury. Choć tak naprawdę, chyba nie tylko ja, marzę o tym by posłuchać Any w jakimś kameralnym klubie, najlepiej lizbońskim domu fado, kameralnie, popijając czerwone wino...

João Gomes, André Moreira, Ana Moura, Ângelo Freire, Pedro Soares
A Marcin Kydryński? W sumie powinienem o nim napisać na początku, bo to on otworzył koncert. Jeśli ktoś nie wie, Ana wystąpiła w ramach organizowanego przez niego cyklu Siesta w Drodze. Pan Kydryński zapowiedział gwiazdę wieczoru w sposób całkiem fajny, powiedział o jej niepowtarzalnym głosie, jego barwie (może użył innych słów), wspomniał o samochodzie-sklepie płytowym w lizbońskiej dzielnicy Chiado, z którego często słychać właśnie Anę Morę i o tym, że nagrywała z Herbiem Hancockiem, i że występowała na scenie z Rolling Stonesami, a adorował ją Prince. Czyli to, co wiemy :-). A we wczorajszej audycji Siesta nie wspomniał o koncercie nawet słowem.


Ana Moura
Bielskie Centrum Kultury Dom Muzyki
W ramach cyklu Siesta w Drodze
Bielsko-Biała, 29 września 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania płyta Moura, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.



André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares