czwartek, 13 października 2016

„Zima w Lizbonie” – miłość i samotność, alkohol, jazz i Lizbona nocą w powieści Antonio Muñoz Moliny + KONKURS

Miłość, muzyka, sztuka i alkohol są wysuwającymi się na pierwszy plan bohaterami powieści Antonio Muñoz Moliny Zima w Lizbonie. Nie najnowszej, ale ponownie u nas wydanej, tym razem nakładem wydawnictwa Rebis, i opatrzonej epilogiem autora pt. Tak wiele lat później z 2014 r. Na podstawie powieści powstał w 1991 r. film, o którym autor wspomina w epilogu, opatrzony opisem jako thriller. W filmie zagrał m.in. polski aktor Mirosław Zbrojewicz oraz amerykański jazzman Dizzy Gillespie. Zanim jednak sięgniecie po film polecam najpierw lekturę. Ja właśnie przeczytałem Zimę w Lizbonie po raz drugi i nie zmieniłem zdania, że warto.

Jak już wspomniałem, muzyka jest jednym z bohaterów książki, a dokładnie utwór Lizbona skomponowany przez Billego Swana, członka i szefa zespołu, w którym występował Santiago Biralbo, a właściwie już wtedy Giacomo Dolphin. Skąd ta zmiana nazwiska, jakie wydarzenia do tego doprowadziły dowiecie się czytając powieść. W każdym bądź razie większą część historii poznajemy z opowieści Billego Swana, a nam, czytelnikom opowiada ją narrator, dawny przyjaciel Biralba.

Bohaterów poznajemy w Madrycie, w klubie nocnym „Metropolitano”, gdzie występuje grupa Giacomo Dolphin Trio. Narrator spotyka tam Biralba po kilkuletniej przerwie, i to spotkanie jest niejako inspiracją do opowiedzenia historii muzyka. Historii, w której oprócz jazzu dużą rolę odegrała nieszczęśliwa miłość. Pojawia się Lukrecja i już samo jej imię wydaje się trochę niesamowite, trochę wzbudzające strach, że na pewno będą z nią kłopoty. I po części są to uzasadnione obawy. Lukrecja i Biralbo zakochują się w sobie, mimo iż ona jest żoną innego, Malcolma, który zresztą na początku tej historii oszukał Biralba. Jednak to miłość tych dwojga kochanków, ukrywających się ze swoim uczuciem w hotelach na godziny, namieszała sporo w dalszym biegu opowiedzianej historii. W kolejnych rozdziałach Lukrecja i pianista co jakiś czas spotykają się w różnych miejscach, a także korespondują ze sobą, gdy Lukrecja i Malcolm wyjeżdżają do Berlina. Ta korespondencja też ma znaczenie dla rozwoju akcji, niespiesznej zresztą, aczkolwiek wciągającej.

Pomiędzy stronami poznajemy ten wątek powieści, w którym Lukrecja z Macolmem są poza San Sebastian, początkowym miejscem zamieszkania wszystkich bohaterów i miejscem początku całej historii (na początku wspomniałem o Madrycie, tam jednak zaczyna się opowieść, jednak nie jej początki). Małżonek bohaterki prowadzi nielegalne interesy związane m.in. z handlem sztuką. Jeden z wątków opowiada o tym, co wydarzyło się pewnej sylwestrowej nocy, którą Lukrecja i Malcolm spędzają z inną parą dosyć nieprzyjemnych typów. Ba, nieprzyjemnych to mało powiedziane. Nie chcielibyście ich spotkać 
na ulicy nawet w dzień. Na chwilę pojawia się jeszcze kolejny bohater o pseudonimie Portugalczyk, jednak jego los jest raczej przesądzony. Dowiecie się dlaczego. Ta noc sprawiła, że Lukrecja odważyła się odejść od męża, wiedząc jednocześnie, że skazuje się na ciągłą ucieczkę i ukrywanie się przed wyżej wymienionymi typami. To wówczas wraca na chwilę do San Sebastian i opowiada swoją wersję tej historii dawnemu kochankowi, którego uczucia do Lukrecji ożywają w jednej chwili. W wyniku różnych postanowień tych dwojga wraca temat Lizbony, już nie tylko w piosence. Ale czy kochankowie docierają tam razem? Nie zdradzę, by nie psuć Wam lektury. Napiszę tylko, że o naszym ulubionym mieście Biralbo, który, tak, znalazł się tam, opowiada tak, jakbyśmy oglądali stary czarno-biały film z niespieszną akcją, dobrą muzyką i doskonale kadrowanymi scenami. Trochę oddaje to okładka książki (mimo iż zdjęcie na niej jest współczesne). Nie padają żadne nazwy miejsc, mijanych ulic i placów poza Birmą. No właśnie, Birma w Lizbonie to coś, co też przeplata się od początku tej historii. W końcu wraz z Biralbem poznajemy to miejsce. Wtedy też dowiadujemy się, również razem z naszym jazzmanem, o pewnym cennym obrazie. W poprzednim moim poście o Zimie w Lizbonie, dotyczącym innego wydania książki (tutaj), napisałem o jakiego malarza chodzi, wnikliwym pozostawiam odnalezienie tej informacji (zamiast w poście polecam jednak w książce). Czy Lukrecja albo jej były (?) mąż również mają z tym coś wspólnego? Nawet niezbyt uważna lektura pozwoli Wam odpowiedzieć na te pytania.

Tymczasem z opisów Lizbony Biralba wiemy, że błądząc zaspanymi uliczkami mija tramwaj, wjeżdża windą Santa Justa do górnej części miasta, a z dworca Casis do Sodre ciemną nocą jedzie pociągiem do Cascais, jednak nie wysiada na ostatniej stacji. Cóż to zresztą była za jazda! W Cascais odnajduje dom, Quinta dos Lobos, który był celem jego podróży. Ciekaw jestem, jakie jeszcze miejsca w Lizbonie i okolicach rozpoznacie Wy po przeczytaniu powieści. I jak Wam się podoba taka Lizbona, której niby w książce nie ma zbyt wiele, a jednak snuje się przez całą historię... Waszej ocenie pozostawiam też, czy książka rzeczywiście zasługuje na pochwały. I zapraszam do konkursu :-)


Autor (źródło zdjęcia tutaj)

Autor książki, Antonio Muñoz Molina, to urodzony w 1956 r. w Úbeda hiszpański pisarz. Zima w Lizbonie to jego druga powieść, która doczekała się kilkudziesięciu wznowień, w tym najnowszego w edycji wydawnictwa Rebis. Pisarz jest członkiem Królewskiej Akademii Hiszpańskiej, laureatem wielu nagród hiszpańskich i międzynarodowych. W Polsce ukazało się kilka tytułów książek Moliny, oprócz Zimy w Lizbonie m.in. Jeździec polski, Wiatr księżyca, We mgle czasów, czy Nieobecność Blanki. Na podstawie jego powieści powstały też filmy, w tym Zima w Lizbonie (w 1991 r.), a sam Antonio Muñoz Molina pojawiał się w filmach kilka razy jako aktor.
Antonio Muñoz Molina; przeł. Wojciech Charchalis
Zima w Lizbonie
Dom Wydawniczy REBIS 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania są dwa egzemplarze książki Zima w Lizbonie ufundowane przez Dom Wydawniczy Rebis, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.

poniedziałek, 3 października 2016

Ana Moura wystąpiła w Bielsku-Białej (29 września 2016) + KONKURS


Czwartkowy występ Any Moury w Bielsku-Białej był moim drugim koncertem tej fenomenalnej Artystki, na którym byłem, a w perspektywie jest już trzeci – we Wrocławiu w przyszłym roku. A może jeszcze coś po drodze się wydarzy? Ale na razie skupię się na minionym występie. Dodam jeszcze, choć było już o tym sporo, także na stronie my lisbon story na Facebooku, że początkowo koncert miał się odbyć 19 maja, jednak basista grający w zespole Any złamał palec prawej dłoni, co spowodowało przełożenie kilkunastu koncertów na jesień, a m.in. ten w Lublinie został odwołany.
Ale w końcu portugalska gwiazda fado przybyła do Bielska i dała niesamowite show. Niezwykle rozśpiewane, magiczne, z całą feerią dźwięków towarzyszących jej głosowi instrumentów – przede wszystkim gitary portugalskiej, ale też basowej i klasycznej, a także doskonale wpasowujących się w konwencję koncertów (ale też ostatnich płyt Any) instrumentów klawiszowych i perkusyjnych.

Tradycyjnie muzycy jako pierwsi weszli na scenę. Tego wieczoru, jak i podczas innych koncertów Any Moury Mario Costa zagrał na instrumentach perkusyjnych, João Gomes na klawiszach, Pedro Soares na gitarze klasycznej, André Moreira na gitarze basowej i niesamowity Ângelo Freire na gitarze portugalskiej. Choć tak naprawdę po tym koncercie czuję niedosyt, jeśli chodzi o grę Ângelo Freire – w Bielsku-Białej nie usłyszeliśmy zbyt wielu jego genialnych solówek, takich jakimi miałem okazję rozkoszować się chociażby na moim poprzednim koncercie Any (pisałem o nim tutaj). Czuję niedosyt.
Niedosyt czuję też w odniesieniu do całego koncertu. Przede wszystkim nie było Fado Loucura, nad którym rozpływałem się po koncercie w Wiedniu. Tam Ana zaśpiewała ten utwór na bis, w Bielsku było tylko Desfado, fakt że niezwykle udane i porywające, które publiczność wysłuchała na stojąco, trochę tańcząc, jednak to ową publiczność winię za brak Loucury, bo właściwie nie domagała się drugiego bisu. Ale może się czepiam, może po prostu nie był zaplanowany…


A zaczęło się tak, jak zaczyna się płyta Moura (pisałem o niej tutaj), którą Ana promuje podczas obecnej trasy koncertowej, czyli od cudnego Moura Encantada. Już w tym utworze Artystka w pełni pokazała walory swojego mocnego głosu, który jeszcze nie raz podczas tego koncertu spowodował pojawienie się gęsiej skórki na ciele – podejrzewam że nie tylko moim… 
Dalszy przebieg koncertu był podobny do tego w Wiedniu, nie będę więc opisywać kolejności utworów. Skupię się na różnicach. W pierwszej części nie było ich zbyt wiele. Zjawiskowo wypadły taneczne (chyba można tak o nich powiedzieć?) utwory Fado Dançado i O Meu Amor Foi Para o Brasil. Przy pierwszym z nich Ana w skrócie przypomniała, że utwór nawiązuje do muzyki z północy Portugalii oraz do tego, że w XIX w. fado było tańcem. Niestety Ana tym razem nie wykonała Maldição, było za to inne fado, którego tytułu nie rozpoznałem od razu. Teraz gdy próbuję go ustalić, w wielu słuchanych utworach słyszę ten z Bielska. Może ktoś z Was zapamiętał co to było?

André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares
Program koncertu był zaplanowany w ten sposób, że można go podzielić na dwie części oddzielone solówkami muzyków przygrywających Anie. Był to właściwie jeden dosyć długi (choć zdecydowanie krótszy niż w Wiedniu) utwór, w którym muzycy po kolei prezentowali swoje umiejętności podczas zachwycających solówek. Najbardziej podobały mi się oczywiście dokonania Ângelo Freire, być może dlatego, że nie tak często jak inne instrumenty mam okazję posłuchać na żywo gitary portugalskiej. I to w wykonaniu jej mistrza. Podczas występu muzyków Ana zeszła ze sceny, na którą wróciła w białej sukience (w pierwszej części występowała  w czarnej). Może nie do końca białej, być może był to kolor kremowy lub jakiś podobny… Moją uwagę zwróciła wysokość szpilek butów – koleżanka oszacowała, że było to co najmniej 20 cm, plus spory koturn. Podziwiam Anę, bo tańczyła przy tym na scenie, jakby występowała boso…

Bardzo miłą niespodzianką był utwór Clandestinos do Amor, który otworzył drugą część koncertu. Wcześniej pisałem, że chciałbym go usłyszeć na żywo i proszę, usłyszałem :-). Chyba jeszcze lepiej niż w Wiedniu zabrzmiał Lilac Wine, o który niektórzy z Was pytali przed i po koncercie. Było, i było piękne, pięknie zapowiedziane, jako utwór, który po przetłumaczeniu na portugalski jest idealnym fado. A przyznacie, że jeśli chodzi o muzykę, też się idealnie
wpasowuje. Doskonale zabrzmiało Eu Entrego, mimo iż bez Omary Portuondo, która towarzyszy Anie na płycie; to zresztą bardzo koncertowy utwór, na żywo słucha się go niemal jak lekarstwa kojącego smutki i troski. Zdecydowanie zyskuje live. Podobnie zresztą jak Tens Os Olhos De Deus, które tym razem nie wypadło z programu (w Wiedniu utwór pominięto, mimo iż pierwotnie miał być wykonany – Ana dała wówczas odpowiedni znak muzykom, a publiczności powiedziała, że będą małe zmiany w repertuarze w stosunku do tego, co zaplanowała). I bardzo dobrze, bo to kolejny utwór tworzący wspaniałą atmosferę koncertu. Nie zabrakło też mojego ulubionego Valentim, ulubionego zwłaszcza w tej nowej ekspresyjnej wersji Any. A potem padły pierwsze słowa z Dia Da Folga i już wiedziałem, że to prawie koniec koncertu. Prawie, bo
koncertowa wersja trwa chyba ze dwadzieścia minut, Ana namawia publiczność do akompaniamentu klaskaniem, a ta wykonuje jej polecenia z wielką chęcią. Wydaje się, że to będzie trwać wiecznie, ale niestety kończy się. Jeszcze tylko bis, o którym już wspomniałem, czyli Desfado, również przy współudziale publiczności, która już nie usiadła po tym, jak wywołała Anę i jej zespół owacjami na stojąco. A potem pozostał już tylko niedosyt, o którym wspominałem na początku. Może dobrze, że pozostał – z tym większą niecierpliwością będę czekać na kolejny koncert Any Moury. Choć tak naprawdę, chyba nie tylko ja, marzę o tym by posłuchać Any w jakimś kameralnym klubie, najlepiej lizbońskim domu fado, kameralnie, popijając czerwone wino...

João Gomes, André Moreira, Ana Moura, Ângelo Freire, Pedro Soares
A Marcin Kydryński? W sumie powinienem o nim napisać na początku, bo to on otworzył koncert. Jeśli ktoś nie wie, Ana wystąpiła w ramach organizowanego przez niego cyklu Siesta w Drodze. Pan Kydryński zapowiedział gwiazdę wieczoru w sposób całkiem fajny, powiedział o jej niepowtarzalnym głosie, jego barwie (może użył innych słów), wspomniał o samochodzie-sklepie płytowym w lizbońskiej dzielnicy Chiado, z którego często słychać właśnie Anę Morę i o tym, że nagrywała z Herbiem Hancockiem, i że występowała na scenie z Rolling Stonesami, a adorował ją Prince. Czyli to, co wiemy :-). A we wczorajszej audycji Siesta nie wspomniał o koncercie nawet słowem.


Ana Moura
Bielskie Centrum Kultury Dom Muzyki
W ramach cyklu Siesta w Drodze
Bielsko-Biała, 29 września 2016


KONKURS
Informację o konkursie, w którym do wygrania płyta Moura, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.



André Moreira, Ângelo Freire, Pedro Soares

niedziela, 25 września 2016

Delfiny, twierdze, pałac przyjaciół Kennedych i półwysep Tróia − atrakcje estuarium rzeki Sado


Estuarium rzeki Sado jest unikatowym estuarium Portugalii, w którym żyje społeczność delfinów butlonosych. To drugie pod względem wielkości portugalskie estuarium, a znaczna jego część jest naturalnym rezerwatem. Są to płytkie tereny ze sporymi obszarami słonych bagien służącymi za „szkółki” dla wielu gatunków. Żyje tu społeczność około 25 delfinów butlonosych. Jeszcze tylko w dwóch innych przypadkach w Europie te gatunki żyją w estuariach rzek – w Szkocji i w Irlandii. Te żyjące w estuarium Sado są rozpoznane i żyją pod obserwacją ludzi, mają nawet swoje imiona, znany jest ich wiek. Najstarszy osobnik został rozpoznany w 1981 r., a najmłodszy urodził się w 2012 r., choć w najbliższym czasie może się to zmienić. Ciąża tych delfinów trwa 12 miesięcy, a młode przychodzą na świat nie częściej niż raz na 2−3 lata.


Oglądanie tych niezwykłych ssaków oferuje kilku organizatorów, którzy wraz z chętnymi wypływają swoimi łodziami, mniej lub bardziej ładnymi, w zmierzające do oceanu wody rzeki Sabo. Mają swoje siedziby zazwyczaj w Setúbal, i z tamtejszego portu wypływają na wody. Jedną z firm organizujących oglądanie delfinów jest Vertigem Azul, też z biurem w Setúbal przy Rua Praia da Saúde 11 d. Sprawdziłem i polecam. Miejsce na łodzi najlepiej zarezerwować na stronie internetowej (tutaj), bo chętnych jest zazwyczaj sporo i można się nie załapać „z biegu”. Wyprawa trwa trzy godziny, ja wypływałem na tę poranną o  godz. 9.30. Z tego co widzę na stronie, kosztuje to 35 € (u mnie wycieczka była łączona z wyprawą do parku Arrábida, ale o tym napiszę innym razem). Łódź wypływa z Setúbal i kieruje się w stronę półwyspu Tróia, skąd zabiera dodatkowych amatorów podglądania delfinów. Ci, którzy pierwszy raz przyjechali do Setúbal i korzystają z porannego rejsu mogą być nieco zdziwieni, gdyż o tej porze półwysep nie jest widoczny z brzegów Setúbal – jest schowany za dosyć gęstą mgłą, która opada nieco później… A stamtąd już łódź kieruje się w stronę otwartego oceanu, aczkolwiek nie dopływa się tam od razu. Po pierwsze nie jest to aż tak blisko, po drugie nie płynie się zbyt szybko – w końcu celem nie jest dopłynięcie w określone miejsce, a zobaczenie ciekawych rzeczy. Najważniejsze są delfiny, ale przy okazji można obejrzeć zabytki widoczne na brzegach mijanego lądu. Jeśli chodzi o delfiny, organizator zastrzega sobie, że 95% wypraw kończy się sukcesem i udaje się je zobaczyć. Nam się udało, jest nawet trochę zdjęć, choć tutaj potrzebny był spory refleks i oczy dookoła głowy, bo ssaki te pojawiały się w różnych miejscach, w różnych odległościach od łodzi, i tylko na krótką chwilę. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach ;-).

Oprócz delfinów po drodze ciekawe są obiekty, o których można poczytać w ulotce, o ile ktoś zabrał z biura organizatora, lub posłuchać jak opowiada o nich kapitan. Już w samym Setúbal, tuż po odbiciu od brzegu, widoczny jest wznoszący się nieco nad miastem fort św. Filipa (Filipa I Portugalskiego – Forte de S. Filipe) wzniesionego przez władcę w 1582 r. w celu ochrony miasta przed piratami. Budowla ma kształt nieregularnej sześcioramiennej gwiazdy i dziś jest ogólnie dostępna – mieści się tam Pousada.

Forte de S. Filipe
Także w Setúbal, nieco bliżej brzegu wznosi się Forte de Albarquel. To kolejna fortyfikacja wzniesiona w celu ochrony ludności zamieszkującej miasto, wzniesiono ją w 1643 r. za panowania  Dom João IV. Tuż obok wznosi się zbudowany na początku XX w. Palácio da Comenda. Zyskał sławę po tym, jak po śmierci prezydenta Kennedy’ego zamieszkała tu jego żona Jacqueline wraz z dziećmi. Pałac należał wówczas do przyjaciół Kennedych, hrabiowskiej rodziny D’Arman.

Forte de Albarquel (źródło zdjęcia tutaj)
Palácio da Comenda (źródło zdjęcia tutaj)
Trochę dalej na zachód wznosi się kolejny fort – Fortaleza de Santiago do Outão wzniesiona w 1390 r. przez Dom João I. Forteca była potem używana jako więzienie, a następnie letnia rezydencja króla Dom Carlosa. Obecnie mieści się tu szpital ortopedyczny założony w 1909 r.

Fortaleza de Santiago do Outão
Kolejna przybrzeżna twierdza to Fortaleza de S. Maria da Arrábida, leżąca nad brzegiem mniej więcej pośrodku parku Arrábida. Wybudowano ją w 1676 r. na prośbę mnichów z klasztoru Arrábida (o którym napiszę przy okazji postu o samym parku), za panowania Dom Pedra. W latach 1932−1976 działała tu Pousada, a dziś mieści się tu muzeum oceanograficzne.

Fortaleza de S. Maria da Arrábida − Museu Oceanográfico (źródło zdjęcia tutaj)

Z kolei na półwyspie Tróia, w części najbardziej wysuniętej na zachód, wśród niezbyt ciekawej zabudowy hotelowej, można wypatrzeć kaplicę z 15 w. (Capelinha de Nossa Senhora do Rosário de Tróia). Znajdująca się w niej figura Matki Boskiej każdego roku w sierpniu jest przewożona łodziami przez rybaków do kaplicy w Setúbal. Obok kaplicy znajdują się ruiny rzymskie największego znanego ośrodka solenia ryb w imperium rzymskim pochodzące z I−VI w. Oprócz zbiorników solnych, gdzie przygotowywano rybne wyroby, widoczne są też pomieszczenia mieszkalne, łaźnie, cmentarz oraz wczesnochrześcijańska bazylika z zachowanymi freskami. Ruiny można zwiedzać.

Capelinha de Nossa Senhora do Rosário de Tróia (źródło zdjęcia tutaj)
Rzymskie ruiny na półwyspie Tróia (źródło zdjęcia tutaj)
Wyruszamy
Panorama Setúbal od strony estuarium Sado
Widok z półwyspu Tróia












Autorzy zdjęć, do których nie podano źródeł internetowych: Tomasz Giza, Krzysztof Rosenberger