niedziela, 17 lipca 2016

Najlepsze miejsca do czytania w Lizbonie (część 2)

Czytanie na Miradouro de São Pedro de Alcântara – o tym miejscu pisałem w poście tutaj
Lizbonę kocham też za to, że jest dla mnie idealnym, najlepszym z poznanych dotąd przeze mnie miastem, w którym można czytać. Nie wiem z czego to wynika, ale czyta się tu wspaniale - już podczas pierwszego przyjazdu przekonałem się, że jedna książka to za mało. Może sprawiają to punkty widokowe, przy których i tak chce się przysiąść, może inni czytający (wszędzie) ludzie, a może po prostu to, że czuję się w Lizbonie jak w domu J.
Pierwszą partię miejsc,w których w stolicy Portugalii najlepiej mi się czyta zaprezentowałem już dosyć dawno (zob. tutaj), dziś nadrabiam zaległości – poniżej kilka kolejnych, może nieco mniej oczywistych miejsc. Nie wszystkie z nich są obiektami, do których pędzą tłumy turystów, co może być istotne dla poszukujących spokojnego miejsca do lektury, a przy okazji poznania nowych zakamarków.

Miradouro da Rocha Conde de Óbidos

Ten punkt widokowy jest nieco oddalony od centrum i miejsc, w których licznie pojawiają się turyści, co niewątpliwie jest jego dużą zaletą. Choć może nie do końca jest ich tak mało, bo w sąsiedztwie znajduje się Museu Nacional de Arte Antiga (przy Rua das Janelas Verdes). Z tyłu miradouro jest Jardim 9 de Abril, w którym zwłaszcza wiosną jest pięknie – kwitnąco i bardzo kolorowo, i w którym też można poczytać. Natomiast między punktem widokowym a muzeum jest też widokowa kawiarnia (le chat lisboa, przy Travessa do Olival a Santos 20), wspaniale umieszczona (widać ją na zdjęciu). Jeszcze w niej nie byłem, ale wszystko przede mną. Natomiast na Miradouro da Rocha Conde de Óbidos są wygodne siedzenia zwrócone w stronę Tagu i słońca, więc czytając można zażywać słonecznych kąpieli, zerkać co jakiś czas na panoramę  rozlegającą się z miradouro i fantastycznie spędzić czas.

Miradouro da Rocha Conde de Óbidos

Jardim Botto Machado i Clara Clara Café przy Campo de Santa Clara

To idealne miejsce na odpoczynek po zakupach (lub tylko oglądaniu) na targu Feira da Ladra, oczywiście z książką – niekoniecznie kupioną przed chwilą na bazarze. Jardim Botto Machado oferuje ławeczki w cieniu lub miejsce na trawie, gdzie można się wygodnie rozłożyć i oddać lekturze. Jeśli do czytania potrzebujecie kawy lub innych trunków – mieści się tu kawiarnia – Clara Clara Café, w której przy jakimś stojącym nieco na uboczu stoliku też można w spokoju poczytać. Zresztą poza sobotą i wtorkiem, gdy za płotem odbywa się targ, prawie nie ma tu turystów – jest cicho i spokojnie. Idealnie!

Jardim Botto Machado i Clara Clara Café

Jardim do Campo Grande

To dosyć rozległy ogród z dala od centrum, w bliskim sąsiedztwie uniwersytetu – położony po przeciwnej niż uczelnia dosyć ruchliwej ulicy Campo Grande. Wstąpiłem tam na kawę i parę stron lektury w drodze powrotnej z Biblioteki Narodowej (zob. tutaj). Miał to być krótki przystanek, a spędziłem tam parę godzin – był akurat dosyć ciepły dzień, a w ogrodzie znalazłem przyjemnie ocienione zaułki, ponadto nie było akurat tłumów – studenci pewnie siedzieli w bibliotekach i uczyli się do egzaminów.

Jardim do Campo Grande
Jardim do Campo Grande

Parque Infantil przy Praça da Armada, w pobliżu Estreli

Nie jest to zbyt duży park, są też ładniejsze w Lizbonie, ale coś sprawiło, że usiadłem tam na chwilę. Być może po prostu zmęczył mnie długi spacer w upale, a on był akurat po drodze. Przechodniów zapraszają parkowe ławki, ładna zadbana roślinność, palmy oraz cisza. Owszem, jest tam miejsce zabaw dla dzieci, ale oddzielone pasem zieleni, która tłumi odgłosy. O tym, że jest to idealne miejsce na lekturę świadczy fakt, że podczas mojego pobytu w parku byłem trzecią osobą, która wówczas czytała J.

Parque Infantil, Praça da Armada
Parque Infantil, Praça da Armada

Miradouro de Santa Catarina

To jeden z punktów widokowych, na który nie trafiłem od razu, mimo iż jest znany, oblegany itp. Długo był remontowany, potem o nim zapomniałem… Ale w końcu dotarłem, usiadłem na trawie, bo akurat było sporo ludzi, i po nacieszeniu oka tym co wokół wyjąłem książkę. Widoki może nie są spektakularne – na pierwszym planie głównie zabudowania portowe, ale trochę dalej już Tag, potem drugi jego brzeg, po prawej Most 25 Kwietnia i pomnik Christo Rei. A na samym miradouro? Potwór. Znany z Luzjad Camõesa morski bóg Adamastor (a w zasadzie jego kamienny posąg) stanowi centralną część placu widokowego. Pewnie dla kogoś, komu szmery, rozmowy i tłumy przeszkadzają w czytaniu nie będzie to idealne miejsce, dla mnie jednak jest jednym z ulubionych.

Miradouro de Santa Catarina
Miradouro de Santa Catarina

Noobai Café, Rua de Santa Catarina

Do kawiarni wchodzi się bezpośrednio z Miradouro de Santa Catarina. Zwykle jest tam spory tłumek, ale nie ma się co dziwić – większość przychodzi dla widoków, które w sumie nie różnią się od tych z miradouro. Jeśli jednak ktoś lubi poczytać przy kieliszku wina czy kawie – warto znaleźć stolik na uboczu i rozkoszować się jednym i drugim. Z karty dań polecam sałatkę z arbuzem. W lokalu jest też drugie, niższe piętro – warto o nim wiedzieć w bardziej wietrzne dni J.

Noobai Café
Noobai Café

czwartek, 30 czerwca 2016

Coimbra by night... (19-25 czerwca 2016)

Poprzedni tydzień spędziłem w Coimbrze, w bibliotekach tamtejszego Uniwersytetu, o czym kiedyś napiszę (zapewne przy okazji kolejnego Tygodnia Bibliotek). Tym razem, z braku większej ilości czasu, proponuję galerię zdjęć zrobionych podczas nocnych spacerów. Miasto nabiera wtedy zupełnie innych barw, innego klimatu i kusi innymi zakątkami niż za dnia. Dodatkowo był to okres przygotowań do zbliżających się obchodów związanych z São João, ale także z zakończeniem roku akademickiego. Stąd widoczne na ulicach ozdoby, jeszcze nie świecące, przypominające te bożonarodzeniowe. W czwartek 23 czerwca koncertem fado (odmiany z Coimbry) rozpoczęły się Noites de Música no Coração da Cidade Coimbra, a następnej nocy było już mnóstwo imprez, m.in. folklorystyczna połączona z prezentacją strojów i dawnych zawodów Coimbry, spektakle teatralne, koncerty na świeżym powietrzu i w kawiarniach oraz gry miejskie. Niektóre z tych wydarzeń udało mi się sfotografować, czego efekty zamieszczam poniżej.
Kawiarnia obok Igreja Santa Cruz (Praça 8 de Maio)
Rua das Flores
Rua das Flores

Igreja de Santa Cruz
Jedna z ulic tuż obok historycznej części miasta, w tle widoczna trakcja trolejbusowa
Praça do Comercio
Praça do Comercio
Koncert fado na Praça 8 de Maio rozpoczynający cykl imprez z serii Noites de Música no Coração da Cidade Coimbra. Na zdjęciu Artyści z Fado ao Centro, którzy wystąpili 23 czerwca





Igreja de São Tiago


Praça 8 de Maio
Praça 8 de Maio
Oświetlone budynki historycznej części Coimbry, najwyżej oświetlony punkt to wieża mieszcząca się na terenie zabytkowej części Universidade de Coimbra 

Prezentacja strojów ludowych i tradycyjnych zawodów na Praça 8 Maio drugiego dnia cyklu imprez z serii Noites de Música no Coração da Cidade Coimbra (24 czerwca)
Występ grupy teatralnej na Praça do Comercio (24 maja)



Rua das Flores




wtorek, 14 czerwca 2016

Ana Moura w Wiedniu (29 maja 2016 r.) + KONKURS



Ana Moura w Wiener Konzerthaus (źródło zdjęcia tutaj)
Przepraszam za opóźnienie, bo już dwa tygodnie minęły od koncertu Any Moury w Wiedniu, a muszę przyznać, że było to dla mnie niemałe przeżycie. Może dlatego, że długo czekałem na możliwość bycia na występie Any...
O koncercie Any Moury w stolicy Austrii wiedziałem na długo przed tym, zanim pojawiły się informacje, że Artystka wystąpi także w Bielsku-Białej (dokąd mam z Katowic rzut beretem), ale bilet kupiłem dopiero jakoś tydzień przed tym, gdy podano termin polskich występów. No cóż, miały być dwa koncerty w krótkim odstępie czasu, aż okazało się, że basista złamał palec i koncerty w Polsce (ale także w Niemczech i Szwajcarii) zostały odwołane. Tym bardziej cieszyłem się z posiadanego biletu na występ w Wiener Konzerthaus, tym bardziej że data koncertu przylegała do długiego weekendu. No i nie został odwołany!
I muszę potwierdzić, że basista André Moreira miał coś z prawą dłonią. Jeszcze podczas wiedeńskiego koncertu miał ją całą zabandażowaną, a spod opatrunku wystawały tylko dwa palce. Ale grał po mistrzowsku, więc chyba wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ciekawe, czy czuje się winny, że z jego powodu fani z trzech państw nie poszli na koncerty…

Koncert rozpoczął się z około 10-minutowym opóźnieniem – publiczność wiedeńska na ostatnią chwilę zajmowała miejsca i pewnie to był powód. Ale w końcu się rozpoczęło. Muszę jeszcze dodać, że sala koncertowa jest fantastyczna, fakt że „z epoki”, jednak występ w niej to musi być dla artysty przyjemność. A jeśli ktoś bywa w Wiedniu to warto śledzić repertuar Wiener Konzerthaus, bo często występują tu artyści z Portugalii. Ale czas na mój koncert. Najpierw na scenę, jak to zwykle bywa, weszli muzycy – Pedro Soares, który grał na gitarze klasycznej, Ângelo Freire na gitarze portugalskiej, wspomniany już André Moreira na gitarze basowej, João Gomes na klawiszach i Mario Costa na perkusji. Muzycy zebrali duże brawa już za samo pojawienie się, zwłaszcza Ângelo Freire, który jest zaliczany do ścisłej czołówki mistrzów gitary portugalskiej, co zresztą pokazał na koncercie nie raz. Ale o tym później.

Gdy rozległy się dźwięki pierwszego utworu, Moura Encantada, na scenę weszła ubrana w czarną sukienkę z frędzlami Ana Moura. Frędzle miały znaczenie, były swego rodzaju rekwizytem – Ana chwytała je podczas śpiewania przeżywając przekazywane publiczności utwory i emocje. Już od pierwszych dźwięków zrobiło się magicznie, koncert otworzył ten sam utwór, który rozpoczyna płytę Moura. Repertuar z ostatniej płyty dominował podczas tego wieczoru, co nie dziwi, skoro trasa promuje właśnie ten krążek. Już tym pierwszym utworem Artystka pokazała, że nie tylko na płycie brzmi świetnie. Jej głos był niesamowity, o niezwykłej barwie, silnym brzmieniu i doskonale oddający emocje, które towarzyszyły Anie podczas wykonywania tego utworu, jego przeżywania i oddawania dźwięków publiczności. Tak było zresztą z każdym następnym utworem. Drugim w kolejności był Ai Eu autorstwa Pedro da Silva Martinsa, którego wykonanie tylko utwierdziło mnie, że warto było na ten wieczór czekać. Po jego zaśpiewaniu Artystka przedstawiła się z publicznością, najpierw po portugalsku zwróciła się do obecnych na sali rodaków (Portugalczycy za granicą, także w Polsce zawsze przychodzą na koncerty swoich artystów  przekonałem się o tym kolejny raz), później przeprosiła ich i powiedziała, że będzie mówić po angielsku, by być lepiej rozumianą. Po niemiecku powiedziała tylko Guten Abend, czym i tak zasłużyła na gromkie brawa. 
Kolejnym utworem był niezwykle wpadający w ucho O Meu Amor Foi Para o Brasil, który dosyć często pojawiał się w programie Marcina Kydryńskiego „Siesta” i został umieszczony na ostatniej płycie Siesta Festival. Zapowiadając Fado Dançado Artystka przypomniała to, o czym można przeczytać w książce
Historia Fado (zob. tutaj), że w XIX w. fado było tańcem, oraz że utwór z jej płyty nawiązuje do muzyki z północy Portugalii i jest innym niż tradycyjnym spojrzeniem na fado. Nie jestem znawcą, ale to raczej trudny utwór do śpiewania na żywo, a Ana wykonała go fenomenalnie, bez jednej fałszywej nutki, bez zadyszki i żadnego niepożądanego dźwięku. W trakcie następnej piosenki trochę zmienił się nastrój, wybrzmiały bowiem dźwięki utworu Ninharia, który z płyty mogę słuchać godzinami, a którego wersja koncertowa również jest niesamowita, wręcz magiczna. Następnie zabrzmiał utwór Porque Teimas Nesta Dor, który nie pochodzi z ostatniej płyty. To niezwykle wdzięczny temat z pierwszego albumu Any Moury Guarda-me a Vida Nas Mãos (2003). Kolejny utwór należy do moich ulubionych utworów fado i cieszę się, że znalazł się także w repertuarze Any Moury. To niezwykłe Maldição, którego wersja studyjna w wykonaniu Any ukazała się w ubiegłym roku na płycie wydanej w hołdzie Amálii Rodrigues, na której pojawili się różni Artyści. Maldição w wersji koncertowej bardzo różni się od tej znanej z płyty. To swego rodzaju studium fado a także możliwości wokalnych Any Moury. Słuchając tego, miałem ciarki na skórze, to było niesamowite. Okazję do popisów miał tutaj też Ângelo Freire, którego solówka wzbudziła niemały zachwyt  nie był to jego pierwszy solowy popis podczas tego koncertu, ale chyba pierwszy tak widowiskowy.
Po tym utworze Ana zeszła ze sceny zostawiając publiczność, jak to powiedziała, w dobrym towarzystwie muzyków, którzy mogli popisać się swoimi możliwościami grając po kolei solówki w długim utworze instrumentalnym, składającym się w sumie z trzech części. W Pierwszej najbardziej wykazywał się Ângelo Freire rozgrzewając do czerwoności swoją portugalską gitarę i publiczność, potem André Moreira pokazał co potrafi zrobić z gitarą basową, a następnie Mario Costa szalał na instrumentach perkusyjnych. Całość zamknęła znowu gitara portugalska z towarzyszeniem klasycznej. Muzycy zebrali za ten instrumentalny utwór brawa nie mniejsze niż główna gwiazda wieczoru.
Potem rozbrzmiały dźwięki Eu Entrego i na scenę weszła ponownie Ana Moura, tym razem w białej sukience, tej widocznej na zdjęciach. Po zakończeniu utworu zapowiedziała następną piosenkę  Valentim, zapraszając do pomocy publiczność, która miała w odpowiednich momentach klaskać i śpiewać. To kolejny utwór ze wspomnianej wyżej płyty poświęconej Amálii Rodrigues (tej, na której znalazło się też Maldição). Było głośno, żywiołowo i bardzo dobrze to wszystko współgrało  publiczność, instrumenty i mocny wokal Any Moury. Zapowiadając Lilac Wine, wokalistka powiedziała, że gdyby tekst przetłumaczyć na język portugalski, byłby on idealnym fado. Też o tym pomyślałem, słuchając tej piosenki po raz pierwszy w wykonaniu Any Moury. Wokalistka nadaje mu czegoś magicznego, a przecież już w wykonaniu oryginalnym to niesamowita piosenka. Następne w kolejności było Bailinho à Portuguesa, pochodzące z płyty Aconteceu (2004). Znowu zrobiło się magicznie i także przy brzmieniu tego utworu swój udział miała publiczność. Także w następnym  Dia da Folga, który widownia śpiewała razem z Artystką, i który w wersji koncertowej trwał chyba kilkanaście minut i sprawił, że zebrani fani nie chcieli wypuścić Artystów ze sceny. Dzięki temu były bisy. Zabrzmiało przepiękne Fado Loucura i jego wykonanie to było mistrzostwo. Poruszył mnie ten utwór tak samo jak Maldição, a może i bardziej. Już dla samego tego wykonania warto było przyjść na koncert. Na zakończenie, razem z roztańczoną w trakcie publicznością, Ana zaśpiewała największy przebój z poprzedniej (5-krotnie platynowej w Portugalii) płyty, czyli Desfado (tytuł utworu i płyty; 2012). Śpiewali wszyscy, nie tylko Ana Moura, były brawa mające zatrzymać jeszcze Artystkę na scenie. I została jeszcze chwilę, podczas narady z zespołem dotyczącej kolejnej piosenki publiczność wykrzykiwała swoje typy  ktoś prosił o Os Búzios, ktoś inny o Mapa do Coração. Jakaś dziewczynka podeszła pod scenę i powiedziała coś Anie „na ucho”. Ja łudziłem się, że będzie A Penumbra, Até Ao Verão czy Clandestinos do Amor. Wybrzmiały jednak dźwięki czegoś, co gdzieś już słyszałem, jakiś tradycyjny utwór portugalski, którego tytułu jednak nie znam, i którego jak dotąd nie udało mi się znaleźć w sieci. Spodobało się, zwłaszcza że Ana wplotła do tekstu niemieckie Guten Abend

No i potem koncert się zakończył. Wydawało mi się, że trwał zaledwie chwilę, a już się kończy, ale tak naprawdę występ trwał ponad dwie godziny. Niestety nie było wielu utworów, które chciałbym usłyszeć na żywo, ale rozumiem, że spóźniłem się. Obecnie trwa trasa promująca album Moura i utwory z tego krążka przeważają na koncertach. Zresztą bardzo dobrze brzmią na żywo, nie tylko na płycie, która jak wiadomo jest świetna (pisałem o niej tutaj). Zabrakło mi tytułowego utworu Moura, który zaliczam do moich ulubionych z płyty. Ale nie można mieć wszystkiego. Pozostaje czekać na koncerty w Polsce. Co prawda w Lublinie nie ustalono (przynajmniej na razie) nowego terminu, za to w Bielsku-Białej Ana Moura zaśpiewa 29 września. Pojawiła się też zapowiedź koncertu na przyszły rok  8 kwietnia 2017 r. Ana Moura wystąpi we Wrocławiu (jeśli pojawią się nowe daty, na pewne umieszczę je w kalendarzu tutaj). Tymczasem zostałem chwilowo zaspokojony jeśli chodzi o Anę Mourę na żywo. Chwilowo, czyli myślę, że do września jakoś wytrzymam :)

A informację o konkursie, w którym do wygrania płyta Leva-me aos Fados, znajdziecie tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.

Ana Moura i jej zespół w Wiener Konzerthaus (źródło zdjęcia tutaj)
fot. Tomasz Giza
Wiener Konzerthaus