niedziela, 13 grudnia 2015

„Moura" – nowa płyta Any Moury

zdjęcie z okładki płyty (źródło zdjęcia tutaj)
27 listopada ukazał się nowy album Any Moury zatytułowany Moura – dokładnie tak jak nazwisko wokalistki, ale także tytuł utworu, który na płycie ma numer 13. Tytuł płyty odzwierciedla też poniekąd utwór numer jeden  Moura Encantada, który brzmi tak samo, jak nazwa istoty nadprzyrodzonej z bajek folkloru portugalskiego i galicyjskiego. Także okładka płyty, której autorem jest artysta o pseudonimie Ignasi, ma nawiązywać do transformacji i odkrywania na nowo. 
Na płycie w jej podstawowym wydaniu znalazło się trzynaście utworów, na wydaniu w edycji specjalnej FNAC znalazły się jeszcze dwa dodatkowe utwory, w tym jeden śpiewany w języku angielskim (ta wersja albumu dostępna jest na stronie fnac.pt). Wszystkie pozostałe utwory Ana Moura wykonuje w swoim ojczystym języku portugalskim (na poprzedniej płycie znalazły się trzy utwory śpiewane po angielsku, w tym piękny Dream of Fire, do którego Artystka sama napisała słowa i muzykę i której w nagraniu towarzyszył Herbie Hancock). Jest to szósty album Artystki. Poprzedni Desfado ukazał się w listopadzie 2012 r. i do tej pory pokrył się w pięciokrotnie platyną co daje najlepiej sprzedającą się płytę portugalskiego artysty w ostatnim dziesięcioleciu. Niby nie chodzi o liczby i pozycje na listach, a jednak dobrze wiedzieć, że ta wspaniała płyta spodobała się tak licznemu gronu odbiorców i jednocześnie postawiła Anę Mourę na czele portugalskich artystów. Być może podobny sukces powtórzy Moura – na razie już przed premierą płyta była złota, a kilka dni temu pokryła się platyną. Poza Portugalią płyta nie jest jeszcze dostępna – ma się to zmienić w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2016 roku. Do tego czasu będę już posiadaczem krążka wydanego w Portugalii, na razie jednak udało mi się posłuchać płyty dzięki uprzejmości pewnej osoby, za co serdecznie Jej dziękuję.

Wśród autorów piosenek z płyty Moura znaleźli się Carlos Tê (O Meu Amor Foi Para o Brasil), z którym Artystka współpracowała po raz pierwszy oraz Samuel Úria 
(Cantiga De Abrigo), o którym od czasów nagrywania Desfado mówiła, że jest wielkim fanem tego kompozytora. Inni muzycy, z którymi Ana współpracowała po raz pierwszy to Jorge Cruz (Dia Da Folga) z grupy Diabo na Cruz, Edu Mundo (Eu Entrego – piękny duet z Omarą Portundo) i Sara Tavares (którą osobiście też uwielbiam; Não Quero Nem Saber), która napisała muzykę do tekstu Kalafa Espalangi z grupy Buraka Som Sistema. Muzykę do tekstu autorstwa José Eduardo Agualusa pt. Moura napisał angolski artysta Toty Sa'Med. Wśród osób współpracujących przy płycie znalazły się takie, z którymi Ana Moura współpracowała przy różnych projektach od czasu Desfado, i których pojawienie się na tym krążku było jakby naturalną koleją rzeczy. Do tych Artystów należą Márcia Santos (znana po prostu jako Márcia  to ona jest autorką przeboju z Desfado pt. Até Ao Verão; tutaj napisała słowa i muzykę do Desamprao), Miguel Araújo Jorge (Fado Dançado), Pedro da Silva Martins, Luís José Martins (bracia, obaj z grupy Deolinda; pierwszy z nich napisał słowa, a drugi muzykę do Ai Eu) oraz Pedro Abrunhosa, który napisał dwie piosenki (Tens Os Olhos DeDeus i Agora É Que É). Oczywiście na płycie nie zabrakło tradycyjnego fado, reprezentowanego przez takich twórców, jak Manuela de Freitas (słowa utworu Moura Encantada do muzyki Fado Cravo) i Maria do Rosário Pedreira (słowa do Ninharia, utworu z muzyką Fado Carlos Da Maia).

Album Moura został wyprodukowany przez czterokrotnego zdobywcę Grammy, Kanadyjczyka Larry'ego Kleina, znanego ze współpracy z takimi legendami muzyki, jak Joni Mitchel (której utwór Ana Moura nagrała na poprzedniej płycie) czy Herbie Hancock (pojawił się na płycie Desfado 
– patrz wyżej). Ana Moura współpracowała już z producentem przy poprzednim krążku i nikogo nie zdziwiło, że Artyści postanowili kontynuować współpracę – w końcu efekt poprzedniej był powalający.

Wśród muzyków biorących udział w nagraniach także można wyliczyć całą plejadę światowych sław. Na gitarze basowej zagrał Dan Lutz (znany ze współpracy z Lizz Wright i Michaelem Bublé, na gitarach Dean Parks (nagrywał m.in. z Madonną, Steviem Wonderem, Eltonem Johnem czy Dianą Ross), na perkusji Pete Korpela (Robbie Williams, Melody Gardot), na klawiszach Pete Kuzma (Jill Scott, Lizz Wright) oraz dodatkowo na instrumentach perkusyjnych Vinnie Colaiuta (Frank Zappa, Sting).
Udział w nagraniu płyty wzięło też dwóch portugalskich muzyków, którzy regularnie występują z Aną na koncertach (towarzyszyli jej też na ubiegłorocznych występach w Polsce). Na gitarze portugalskiej zagrał Ângelo Freire, a na gitarze klasycznej Pedro Soares. Trzeba przyznać, że skład osób biorących udział w nagraniach brzmi imponująco, słychać to też na płycie. A trzeba jeszcze dodać, że za zmiksowanie nagrań odpowiedzialny był Tim Palmer, który wcześniej miksował nagrania U2, The Cure czy Arctic Monkeys. Album powstał w hollywoodzkim Henson Recording Studios oraz w The Village Studios w Los Angeles, gdzie nagrywają muzycy światowej sławy i najwyższej rangi.

Moura jest niejako kontynuacją Desfado. Oba albumy były nagrywane w USA, oba bardzo wykraczają poza fado jednocześnie nie gubiąc po drodze tego gatunku, a raczej głęboko czerpiąc z oryginalnego nurtu fado do nowoczesnych utworów. Na każdym z nich jest też miejsce na tradycyjne, poruszające i głębokie utwory fado, których Ana Moura jest niekwestionowaną mistrzynią (choć niektórzy, zarówno w Portugalii, jak i w Polsce, zarzucają jej, że nie wywodzi się ze środowiska fado, a tylko do niego niejako wstąpiła – jak widać nie ma to większego znaczenia, a tych zarzucających jest na szczęście mniej). DesfadoMoura pokazują jednak, że jej talent daleko wykracza poza ramy jednego gatunku i Artystka doskonale porusza się po różnych ścieżkach muzycznych kierunków, płynnie przechodząc z jednej do drugiej lub perfekcyjnie łącząc różne gatunki. Te dokonania są też doceniane poza Portugalią, o czym świadczy chociażby fakt, że udało jej się pozyskać tak znakomite nazwiska do stworzenia kolejnej już światowej płyty. Także to, że Desfado wydano na całym świecie, gdzie święciło znaczne sukcesy, zdobywając m.in. pierwsze miejsca na listach world music w USA, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. W jednym z wywiadów (cytowanym tutaj) Ana Moura mówiła, że nagrywając nową płytę nie chciała się powtarzać. Zależało jej na tym, by się rozwijać muzycznie i by było to słychać na nowym krążku. Chyba jej się to udało 
– poszła o krok dalej, na płycie pojawiły się nowe elementy, inaczej brzmią utwory. Pojawiły się organy Hammonda, których na poprzednich płytach nie było. W jednym z utworów wokalistka śpiewa, że fado można śpiewać i płakać, ale można też tańczyć. I taka jest ta płyta. A w jej centrum jest głos Any, mocny, charakterystyczny, trochę czarny, jakby z lekką rozpoznawalną chrypką, wokół którego wszystko jest zbudowane i zaaranżowane  muzyka, teksty, produkcja. Ana powiedziała też, że płyta odzwierciedla jej afrykańskie dziedzictwo (jej matka pochodzi z Angoli, na płycie znalazło się sporo akcentów afrykańskich – patrz wyżej). Płyta jest fantastyczną mieszanką różnych nurtów, a w centrum tego wszystkiego jest fado.

Ana Moura jest obecnie na wyżynach swojej kariery i mam nadzieję, że jeszcze długo tam pozostanie, sprzedała ponad 300 tysięcy płyt w Portugalii, co w tym kraju jest ogromnym osiągnięciem i zdobyła liczne nagrody, w tym dwie najważniejsze dla fado – Prémio Amália (o jednej z nich pisałem tutaj).
Być może moje zachwyty nie są obiektywne, ale Ana Moura należy do czołówki moich ulubionych portugalskich wokalistek, której dokonania podobają mi się niemal bez wyjątku, także ostatnia płyta bardzo przypadła mi do gustu – nie pozostaje mi nic innego, niż zachwalać i polecać :)

W wielu wywiadach pytano Anę Mourę o presję, jaką musi odczuwać po sukcesie Desfado, o to że nowa płyta musi być przynajmniej tak samo dobra, a sama wokalistka konkurencyjna na rozwijającym się rynku fado. Ana odpowiadała że oczywiście cieszy się z sukcesów poprzedniej płyty, popularności na listach przebojów i sprzedaży i tak samo będzie się cieszyć z sukcesów Moury. Nie jest to jednak jej priorytetem, bo tworzy muzykę taką jaką czuje i która jest gdzieś w niej, a jednocześnie stara się, by była na wysokim poziomie i satysfakcją jest to, że tak wielu ludzi to docenia i czuje podobnie jak ona i identyfikuje się z tym, co chce przekazać swoimi utworami. A czy płyta powtórzy sukces Desfado przekonamy się za jakiś czas, na razie wszystko wskazuje na to, że tak. Tymczasem dla nas słuchaczy ważne jest to,czy nam się płyta podoba, i czy chcemy by nam towarzyszyła w codziennych muzycznych podróżach. Ja chcę. Liczę też, że w końcu uda mi się pójść na koncert Any Moury, i że nowy materiał na żywo będzie brzmiał tak samo dobrze jak na płycie (trasa koncertowa Artystki dostępna jest na jej stronie internetowej tutaj, na razie jednak nie ma na niej żadnego polskiego miasta). 


Ana Moura Moura
Universal Music Portugal 2015


Poniższy utwór, Dia De Folga, był pierwszym singlem z płyty Moura.



Ana Moura (źródło zdjęcia tutaj)
Okładka płyty Moura autorstwa Ignasi

poniedziałek, 30 listopada 2015

„Tajny agent Jaime Bunda” Pepeteli − nietuzinkowy antykryminał (?) angolskiego pisarza + KONKURS

Jaime Bunda jest tytułowym tajnym agentem z książki Pepeteli. Poznajemy go jednak jako detektywa stażystę, który do tajnej policji Luandy dostał się dzięki protekcji członka rodziny – dyrektora operacyjnego z tejże policji. Jest fajtłapowaty i wyróżnia się ogromnej wielkości tyłkiem – podobizna bohatera na okładce wcale nie jest przerysowanym portretem – on naprawdę tak wygląda. Tej charakterystycznej budowie ciała zawdzięcza swoje przezwisko – bunda w języku portugalskim to pupa, dupa. Jest otyły, co sprawia, że wolno się porusza, sapiąc i wkładając w to niemało energii. Nie jest też zbyt inteligentny (choć w sumie można by nad jego inteligencją dyskutować), choć przeczytał sporo książek. Jego ulubionym gatunkiem są amerykańskie powieści detektywistyczne i kryminały, które traktuje jak swego rodzaju podręczniki zawodowe, a do cenionych autorów zalicza m.in. Dashiella Hammeta (Sokół maltański), a przede wszystkim ceni przygody najznamienitszego detektywa Jamesa Bonda.

Jaime Bunda większość czasu w pracy spędza za biurkiem, gdzie nic nie robi, nie odzywa się za wiele i obserwuje życie służbowe kolegów z pokoju. Sam też ma poczucie, że siedzi tam już wieki, i zdaje sobie sprawę, że nieprędko to się zmieni – usłyszał nie raz, że szef trzyma go wyłącznie ze względu na prośbę dyrektora operacyjnego, z którym, jak już wiemy, Bunda był spokrewniony. W tym miejscu warto dodać, że spokrewniony z nim dyrektor sam namawiał Bundę, by ten został detektywem, uznając że chłopak ma zmysł obserwacji, jest bystry i nadawał się do zawodu. Przepowiadał mu wręcz błyskotliwą karierę w zawodzie. Czy tak się stanie? Czytając pierwsze karty powieści aż chce się kontynuować lekturę chociażby w celu sprawdzenia tej kwestii. Na razie jednak Jaime Bunda to raczej fajtłapa, z której nabijają się koledzy z pracy. Aż pewnego dnia jeden z nich przekazuje mu wiadomość – wzywa go szef Chiquino Vieira. Jaime jest zaskoczony tak samo jak koledzy z pokoju. Bodajże nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Tym razem Jaime uznał, że przełożeni w końcu się na nim poznali (trochę na wyrost – w końcu dotąd nie mieli ku temu okazji). Otóż szef oznajmił, że ma dla naszego agenta ważną sprawę. Jest nią morderstwo i gwałt na nieletniej, czternastoletniej dziewczynie z biednej rodziny, której ciało znaleziono w okolicach Morro dos Veados – nadbrzeżnej dzielnicy Luandy. Jaime od razu poczuł powagę sprawy, którą mu powierzono i z miejsca zaczął zadawać ważne jego zdaniem dla śledztwa pytania, np. ile razy ofiara została zgwałcona, albo czy funkcjonariusze z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prowadzący sprawę mają go słuchać (jednostka tajnej policji, w której pracuje stażysta, jest w hierarchii jednostką stojącą wyżej niż ministerstwo; często mówi się na nią Bunkier, i jest postrachem dla zwykłej policji). Przy okazji wprawia Vieirę w osłupienie, zadając mu pytanie natury osobistej: – Dlaczego szef ma jedno sznurowadło czarne, a drugie brązowe? 
– i od razu znajdując odpowiedź. W każdym bądź razie Bunda dostał samochód z kierowcą, który miał go wozić w miejsca związane ze śledztwem. Jaime najpierw pojechał do Ministerstwa dowiedzieć się od inspektora Kinangi szczegółów dotyczących morderstwa i postępów w śledztwie. Po przybyciu od razu zaznaczył, że nie trzeba mu podawać kawy. Whisky w zupełności wystarczy. 

Jaime Bunda jest w swoim żywiole. Analizuje poszlaki, zaczyna działać… Podejmowane przez niego kroki budzą często zdziwienie, ale jakoś nikt nie reaguje lekceważąco czy olewająco – panuje ogólne przekonanie, że skoro władze tajnej policji zainteresowały się akurat tym przestępstwem i do śledztwa skierowali agenta, musi to być ważna sprawa, a detektyw wie, co robi. Takie postępowanie umacnia w Bundzie przekonanie, że jest ważną personą, od której działań zależą ważne sprawy. Po pewnym czasie zaczyna śledzić mężczyznę, którego uznaje za podejrzanego. Okazuje się jednak, że ten od razu zauważył, że jest śledzony i zgłosił to szefowi Bundy, ale najgorszym okazało się to, że facet pracuje dla Bunkra. Naszemu detektywowi odebrano samochód i wydawało się, że sprawa skończona, a Jaime zostanie uznany za jeszcze większego fajtłapę, jednak do akcji wkracza krewny, który chce znaleźć „coś” na owego kolesia z Bunkra. Przy okazji poznajemy nieco owego jegomościa, który ponoć jest straszny – na tyle, że czytelnik dla własnego dobra nie może poznać jego nazwiska, jest on po prostu panem T., potem nazywanym zwyczajnie Skurwielem albo Człowiekiem Rybą. 
Nie mogę za dużo napisać, by nie zdradzać tego, co czytelnik z zainteresowaniem odkryje na własną rękę, dodam jeszcze tylko, że pan T. zagości w książce na dłużej, a sprawa zamordowanej nieletniej zejdzie, przynajmniej na jakiś czas, na drugi, a może nawet na trzeci plan. Do akcji wkroczą za to kolejni bohaterowie – Libańczyk, Algierka, młodzieniec o imieniu Tozé, jegomość o nazwisku Bubacar i jeszcze parę mniej lub bardziej istotnych osób. Trzeba także dodać, że Jaime Bunda oprócz prowadzonego śledztwa w powieści uwikłany jest też w pewną historię miłosną (tak, to prawda!), i że jego romans nie jest jedynym tego typu wątkiem książce.

Jaime Bunda to bez wątpienia postać, która jest parodią słynnego agenta 007. Parodią napisaną w sposób błyskotliwy, co sprawia, że od pierwszych stron książka wciąga i od razu chce się wiedzieć, co będzie dalej, co też ciekawego ten fajtłapowaty detektyw wymyśli i czym jeszcze wprawi w osłupienie otoczenie. Przy okazji lektury książki poznajemy Luandę, stolicę Angoli, taką jakiej nie znajdziemy w przewodnikach czy artykułach w turystycznych magazynach. Posługując się absurdalnym humorem, Pepetela doskonale zdaje nam relację z panujących w tym kraju realiów, kwitnącego łapówkarstwa i wszechobecnej deprawacji nowych elit oraz kontrastów społecznych, jakie panują w wymęczonej wojnami Angoli. Jeżdżąc wraz z bohaterami po stolicy zwiedzamy rodzinne przedmieścia Bundy, który odwiedza matkę i rodzeństwo w biednej części stolicy. Przemierzając drogi za panem T. poznajemy tajemniczego lekarza-znachora i dowiadujemy się, dlaczego wszyscy tam jeżdżą, a w ogóle o tym nie mówią. Dzięki lekturze ocieramy się też o życie nocne Luandy, a także poznajemy zwyczaje bogatych – czasem dziwne (np. kąpiele w oceanie w porze lanczu) i biednych (wraz z Bundą zjawiamy się na stypie zamordowanej czternastolatki). Spotykamy kilku znajomych stażysty ze szkoły, zwiedzamy największy w mieście targ i smakujemy tradycyjnych angolskich potraw. Te wszystkie elementy poznawcze Angoli, a także mądrości życiowe Pepetela przemyca między opisami detektywistycznej akcji pełnej zabawnych momentów, pomiędzy opisem zwyczajów bohaterów i opisując miejsca biorące udział w akcji powieści.
Dodatkowo autor umieszcza w powieści aż czterech narratorów opowiadających losy bohaterów, komentując ponadto ich sposób narracji, który nie zawsze jest dokładnie po jego myśli. Jest to ciekawym zabiegiem wprowadzającym pewnego rodzaju dialog z czytelnikiem.

Sam autor, Pepetela (którego prawdziwe nazwisko brzmi Arthur Carlos Mauricio
Pepetela (źródło zdjęcia tutaj)
Pestana dos Santos; Pepetela to pseudonim), jest urodzonym w 1941 r. angolskim pisarzem, jednym z najważniejszych przedstawicieli tamtejszej literatury. Jest laureatem Nagrody Camõesa (i to jest główny powód, dla którego o książce tej piszę na blogu) – najbardziej prestiżowego wyróżnienia na świecie przyznawanego autorom literatury portugalskojęzycznej. Otrzymał też Prémio Nacional de Cultura e Artes Angoli.
Pepetela studiował na uniwersytecie w Lizbonie angażując się w tym czasie w działalność na rzecz wyzwolenia Angoli, będącej wówczas portugalską kolonią. Został przez to zmuszony do opuszczenia Portugalii, a studia dokończył w Algierii (do Angoli też nie mógł wrócić). Te wszystkie wydarzenia, jak i fakt że Angola po wyzwoleniu pozostawała wiele lat w stanie wojny domowej wywarły niemały wpływ na biografię i twórczość pisarza. Po powrocie do kraju w 1975 r. był. m.in. ministrem edukacji, wykładał też socjologię na uniwersytecie w Luandzie. Pseudonim Pepetela przyjął jeszcze w czasach portugalskich, a słowo to w języku kimbundu (dominującym w Angoli) oznacza rzęsę. Tajny agent Jaime Bunda to pierwszy kryminał w dorobku pisarza. Ukazał się do tej pory w ośmiu krajach (a dziś może już w kilku więcej?), a w Portugalii był aż siedmiokrotnie wznawiany. W Polsce książka ukazała się w 2010 r. nakładem wydawnictwa Claroscuro. Tymczasem w 2003 r. powstała druga część przygód naszego detektywa − Jaime Bunda i śmierć Amerykanina (Jaime Bunda e a morte do americano). Miejmy nadzieję, że książka ukaże się również na polskim rynku.
Lekturę powieści Tajny agent Jaime Bunda szczerze polecam. Jeden egzemplarz książki, ufundowany przez Wydawcę, można wygrać w konkursie o którym więcej tutaj lub w prawym menu tego bloga w zakładce Konkursy.

Pepetela; z jęz. portugalskiego przeł. Zofia Stanisławska
Tajny agent Jaime Bunda
Claroscuro 2010

sobota, 31 października 2015

Cemitério dos Prazeres w Lizbonie



Większość z Was słyszała o najbardziej znanym lizbońskim cmentarzu Cemitério dos Prazeres. Można tam łatwo dojechać – przy bramie cmentarnej początkowe przystanki mają tramwaje 25 i 28, a także kilka autobusów. Cmentarz sąsiaduje z dzielnicą Campo de Ourique leżącą na zachód od centrum Lizbony. Założono go w 1833 r., gdy w mieście spustoszenie siała epidemia cholery. Jest jednym z największych lizbońskich cmentarzy i dziś to prawdziwe miasto umarłych, z nazwami ulic i numerami na grobowcach jak na domach w mieście. Cmentarz sam w sobie robi wrażenie, jest ogromny, w większości zadbany (choć zdarzają się zniszczone lub opuszczone grobowce, które szybko przypominają nam, gdzie jesteśmy). Tuż nad grobami przelatują samoloty, gdyż nad cmentarzem znajduje się szlak lotniczy dla samolotów lądujących na lizbońskim lotnisku. 

Na cmentarzu znajduje się niewielkie muzeum przycmentarne (Núcleo Musológico), w którym eksponaty wchodzące w skład stałej ekspozycji pochodzą ze zniszczonych i opuszczonych grobowców. Na samym cmentarzu jest wiele pięknych grobowców, będących architektonicznymi dziełami sztuki. Uwagę zwraca mauzoleum Pedro de Sousy Holsteina, wybitnego portugalskiego polityka i dyplomaty, który zmarł w 1850 r. Grobowiec, który powstał rok wcześniej, jest największym prywatnym grobowcem w Europie (tak piszą w przewodniku po Lizbonie
wydanym w 2011 r. przez Dumont), pochowano w nim 200 osób (wszyscy poza dwoma duchownymi byli z jednej rodziny). Wewnątrz jest nawet kaplica, w której znajdują się dzieła sztuki znanych artystów.

Wśród osób, które spoczęły na Prazeres, jest wielu artystów, aktorów, piosenkarzy, malarzy, pisarzy czy prezenterów telewizyjnych. Tutaj pochowano m.in. Amálię Rodrigues, a dopiero potem jej ciało przeniesiono do Panteonu Narodowego, podobnie było z piłkarzem Eusébio da Silva Ferreira, który w Panteonie spoczął dopiero kilka miesięcy temu. Z kolei ciało Fernanda Pessoi, po początkowym złożeniu na Prazeres, przeniesiono do klasztoru Hieronimitów. Spośród znanych osób spoczywających na Cemitério dos Prazeres można wymienić choćby Lucílię do Carmo, śpiewaczkę fado i matkę Carlosa do Carmo, pisarza Antoniego Tabucchi, lekarza i feministkę Carolinę Beatriz Ângelo, aktorkę i piosenkarkę (także fadistę ) Hermínię Silva, aktorkę Zitę Duarte, poetę i pisarza Henrique Lopes de Mendonça, polityka i aktorkę Marię Barosso i wielu innych.

Autorem zdjęć jest Krzysztof Rosenberger