Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

Lizbońskie wątki w książce "Cierpliwy snajper" Arturo Pérez-Reverte’a + KONKURS



Zabierając się za czytanie Cierpliwego snajpera Arturo Pérez-Reverte’a nie do końca miałem świadomość, że jest to książka tematycznie związana (częściowo) z tym blogiem, a więc Lizboną i Portugalią. Po prostu czytane wcześniej książki tego hiszpańskiego pisarza i dziennikarza spodobały mi się, postanowiłem więc przeczytać następną. Dopiero potem przeczytałem na ostatniej stronie okładki: „Pojawia się w mrocznych zakamarkach Madrytu, Lizbony i Neapolu. Nikt go nigdy nie spotkał, ale wszyscy o nim wiedzą”.
Cytat dotyczy oczywiście tytułowej postaci, głównego bohatera książki, o pseudonimie Sniper. Jest on znanym chyba na całym świecie grafficiarzem, tworzącym rozpoznawalne, szeroko omawiane i komentowane prace, które od razu są uznawane za dzieła – chyba głównie z powodu tego, kto jest ich autorem. Jest Hiszpanem, który początkowo tworzył w Madrycie, potem w innych rejonach Hiszpanii, a z czasem pojawiał się w Lizbonie, Anglii, we Włoszech i innych częściach Europy. Ma swoich wyznawców w postaci innych grafficiarzy, głównie młodych, ale nie tylko, którzy zawsze są gotowi wykonywać polecenia mistrza, stawiać się na wyznaczane przez niego akcje i uczestniczyć w nich. Sniper jest poszukiwany przez wielu, ale głównie przez pewnego milionera, którego syn zginął podczas jednej z akcji zorganizowanej przez grafficiarza. Oferuje za niego sporo pieniędzy i jest zdeterminowany, by zrobić wiele w celu schwytania swojego wroga.

Choć moim zdaniem główną bohaterką jest jednak dziewczyna Alejandra Varela, której wszyscy mówią Lex. Ma ona dość specyficzną pracę, która zresztą mogłaby mi się podobać. Zajmuje się wyszukiwaniem ciekawych autorów i książek, na zlecenie wydawców, którzy całkiem nieźle jej płacą (pod warunkiem, że doprowadzi zlecenie do końca). W żargonie wydawniczym taka osoba to skaut. I właśnie Sniper jest jej kolejnym zleceniem. Pewien wydawca chce opublikować książkę z pracami grafficiarza, wydaniu towarzyszyłyby wystawy w Nowym Jorku, a całość miałaby być ogromną sensacją, za którą organizatorzy są w stanie zapłacić naprawdę ogromne kwoty. Problem polega na tym, że nikt nie wie gdzie przebywa Sniper, ani jak do niego dotrzeć. I bardziej niż pewne jest też to, że raczej nie będzie zainteresowany ofertą, no chyba że ktoś go przekona... Lex podejmuje się zadania. Co ją do tego motywuje? Czy tylko spore pieniądze, czy może coś jeszcze? Być może jeszcze chęć poznania artysty uchodzącego za postać kultową, przystojnego mężczyznę, w którym grafficiarze widzą boga, a kobiety zwyczajnie się podkochują. Jednak Lex to raczej nie dotyczy, woli kobiety. Kiedyś zresztą była z jedną grafficiarką… Ale, jej motywacje czytelnik poznaje w trakcie lektury książki, zatem wszystko przed Wami.

No więc Lex ma za zadanie odnaleźć Snipera i przekazać mu ofertę wydawcy. Pierwsze kroki kieruje do znajomego policjanta, którego wypytuje o Snipera. Nie dowiaduje się zbyt wiele, ale pewien trop prowadzi do Lizbony, gdzie artysta zorganizował akcję, podczas której cała Lizbona została pokryta pewnym motywem nawiązującym do książki portugalskiego noblisty José Saramago Miasto ślepców. Na czym dokładnie polegała akcja, w żargonie grafficiarzy nazywana bombingiem? Całe miasto zostało pokryte tysiącami ślepych oczu, począwszy od siedziby Fundacji Saramago (na zdjęciu) promieniście rozchodzącymi się we wszystkie strony miasta. Na usuwanie skutków tej masowej i bezlitosnej akcji władze Lizbony wydały prawie pół miliona euro. Pewnych informacji o graffiti w Lizbonie, o zorganizowaniu przestrzeni dla tego typu artystów i znikomych o Sniperze udziela naszej bohaterce lizboński porucznik Caetano Dinis, do którego namiary dostała od swojego hiszpańskiego znajomego policjanta. Przy okazji lektury tej książki, jeszcze przed przyjazdem bohaterki do Portugalii, dowiadujemy się, czym się różnią graffiti od murali – no więc, cytując tytuł drugiego rozdziału, „jeśli jest zgodne z prawem, to nie jest graffiti”. 

Podczas pobytu Lex w Lizbonie spacerujemy razem z nią znajomymi uliczkami, którymi się przechadza, zaglądamy do jej ulubionego hotelu, w którym zazwyczaj się zatrzymuje podczas pobytów w stolicy Portugalii, czy robimy sobie przejażdżkę windą. Okazuje się także, że razem z nią stajemy twarzą w twarz z mężczyzną w zielonym płaszczu, którego pierwszego dnia pobytu bohaterka spotyka już trzeci raz. Być może tylko jej się wydaje, że ktoś ją śledzi – ale nic więcej nie napiszę, poza tym, że pan w zielonym płaszczu, w pewnym towarzystwie, pojawi się jeszcze w Weronie, potem we Florencji… 

A Lex w Lizbonie spotyka się jeszcze z dwiema dziewczynami, które tworzą murale i graffiti. Były siostrami bliźniaczkami o imionach Sim i Não – jako grafficiarki podpisywały się też pseudonimem As Irmãs, czyli siostry. Z Lex umówiły się na jednej z betonowych ramp nabrzeża Tagu, po lewej stronie miały wieżę Belém, a za plecami tory kolejowe i autostradę. Większość z Was już zapewne kojarzy, gdzie mniej więcej mogło się odbyć to spotkanie. As Irmãs opowiadają naszej bohaterce, dlaczego zajęły się tworzeniem graffiti, dlaczego zdecydowały się także na działalność legalną, i jaki jest dla nich sens tego, co robią. Dzięki tym rozmowom poznajemy trochę bliżej istotę sztuki jaką jest graffiti samo w sobie – czytałem o tym z zainteresowaniem, bo zazwyczaj jestem tylko ciekawym odbiorcą tego, co pojawia się na ścianach. Prawdopodobnie lektura tej książki nieco wpłynie na moje postrzeganie sztuki ulicznej. Siostry współpracowały kiedyś ze Sniperem, stąd zainteresowanie Lex dziewczynami – próbuje ona dowiedzieć się czegoś więcej na temat lizbońskiej działalności grafficiarza i natrafić na jego trop. Czy jej się to udaje i jakich informacji udzielają jej Sim i Não? Czy w ogóle są pomocne? Musicie o tym przeczytać sami, nie mogę zdradzać zbyt wiele, by czytało się Wam równie dobrze, jak mnie. 

Co się dzieje potem? Lizbona to tylko fragment książki, po niej akcja przenosi się do Włoch, można się więc domyśleć, że w Portugalii Lex nie odnajduje Snipera, a jakieś tamtejsze wydarzenia kierują jej kroki w stronę Werony. Ale czy na pewno pojawi się tam Sniper, i czy jego kolejne akcje są jeszcze możliwe, skoro artysta jest tak bardzo poszukiwany? Napiszę tylko, że jeszcze parę zwrotów akcja ma w książce miejsce, a samo zakończenie zaskoczyło mnie w stu procentach! Życzę udanej lektury i przyjemnego oglądania wszelakiej sztuki ulicznej!

Arturo Pérez-Reverte; przekł. Joanna Karasek
Cierpliwy snajper

Dwie osoby, chcące przeczytać książkę, mogą ją wygrać w konkursie, o którym więcej w zakładce Konkursy (w bocznym menu tego bloga) lub tutaj. Książki otrzymałem dzięki uprzejmości wydawcy, za co serdecznie dziękuję!



piątek, 17 lipca 2015

Max Bilski - "Hotel w Lizbonie", czyli pierwszy tytuł kryminalnej serii "Podróże ze śmiercią" + KONKURS



Hotel w Lizbonie autorstwa Maxa Bilskiego to pierwsza książka z kryminalnej serii Podróże ze śmiercią, zainicjowanej przez Wydawnictwa Videograf z Chorzowa. Nie zaczytuję się w kryminałach jak niektórzy, tym bardziej nie przypominam sobie, bym czytał już książkę z tego gatunku, z akcją osadzoną w Lizbonie czy gdziekolwiek w Portugalii, więc nie wiedziałem czego się po tej książce spodziewać…
Akcja zaczyna się od tego, że para ludzi, dziennikarzy z Polski, leci na urlop do Lizbony. On, Michał, jest trochę zły na żonę Joannę, że wygrała tę wycieczkę w jakiejś loterii i teraz zamiast do Chorwacji muszą lecieć do Portugalii. Od razu poczułem lekką niechęć do głównego bohatera – też mi poświęcenie i powód do narzekania. Prawdopodobnie większość z osób zaglądających na bloga podziela moje zdanie, ale pewnie są osoby, dla których Chorwacja jest tym, czym dla nas Portugalia, więc w sumie w jakiś sposób rozumiem… No więc jest małżeństwo i jest ono trochę dziwne. Michał, który w powieści jest  narratorem, nazywa żonę parę razy suką, bo jest taka i owaka, uważa że jej okropna fryzura wreszcie pasuje do jej charakteru i takie tam. Ona często się na niego obraża, czemu się w sumie nie dziwię, zdarza jej się wrzeszczeć na niego w miejscach publicznych, albo znika na pół dnia i zapomina mu o tym wcześniej powiedzieć (a tymczasem w hotelu mordują!). No ale rozumiem, że takie charaktery zostały stworzone na potrzeby książki. Ciekawostką jest natomiast fakt, że oboje znają portugalski, bo kiedyś po prostu postanowili uczyć się języków obcych, jako rzecz niezbędna do podróżowania po świecie. Joannie nauka poszła nieco łatwiej, co jej mąż zgrabnie tłumaczy zwalając wszystko na wysoki poziom inteligencji odtwórczej małżonki (ona sama uważa, że po prostu ma chłonniejszy umysł).
Główni bohaterowie są na wycieczce do Lizbony razem z całą grupą turystów z Polski i wszyscy mieszkają w pewnym hotelu w centrum miasta (tak przynajmniej jest określana jego lokalizacja, chociaż z opisów miejsc  w pobliżu – niekoniecznie). Biuro podróży, organizator wyjazdu, wysłało wraz z nimi przewodniczkę Alicję, którą Michał obserwował już na lotnisku w Lizbonie, tuż po przylocie, i która była wtedy nienaturalnie zdenerwowana. Okazało się potem, że powodem zdenerwowania był…  − jednak nie napiszę, bo pewnie niektórzy od razu odgadliby kto kogo zamordował itp. A trupów w tej powieści jest kilka, i każda zamordowana osoba należała do polskiej grupy turystów. Zresztą kryminalne przygody zaczynają się już na początku pobytu w stolicy Portugalii, a w pierwszą z nich wplątuje się nasz główny bohater. Ujawnia się też jego dziennikarska dociekliwa strona i postanawia on rozwiązać zagadkę dziwnych śmierci w lizbońskim hotelu. Do współpracy namawia żonę i przystojnego portugalskiego policjanta Felipe, który okazuje się być także bardzo kompetentny w swoim fachu. Uroda Portugalczyka zostaje podkreślona w kontekście podekscytowania żony, z kolei odwrotne sytuacje są udziałem Michała, który ogląda się czasem za zgrabnymi nogami długonogiej Danieli czy innymi blondwłosymi pięknościami.
W sumie w powieści pojawia się kilka barwnych postaci – jest starsze małżeństwo, w którym on jest urzędnikiem pewnego (nie wiadomo jakiego) ministerstwa, a ona śmiertelnie chorą żoną, jest para rodzeństwa, które okazuje się nie być rodzeństwem – on jest kochankiem (ukrywającym się, bo żonatym), a ona jego kochanką, stanu wolnego. Inni członkowie wycieczki to pewna starsza pani (nazywana przez Michała „Złotą Dorotą”), która okazała się być babcią pewnego dziwnego mężczyzny zabierającego na urlop garnitury i koszule z kołnierzykiem, i pewien samotny mężczyzna, Bogdan, który wydawał się zwykłym podrywaczem-gawędziarzem. Innych członków wycieczki nie poznajemy, nie licząc przewodniczki Alicji. Czy wśród wymienionych osób są trupy, które sieją grozę wśród mieszkańców hotelu? I czy mordercą okaże się któryś z gości hotelowych, czy może jednak będzie to włamywacz, którego ścigał Michał? A może któryś z wymienionych przeze mnie członków polskiej grupy?
Mimo pewnych niedociągnięć w opisywaniu miejsca akcji, które mogą przeszkadzać znawcom Lizbony (np. bohater bez problemu pieszo pokonywał odległości między „starówką”, zamkiem św. Jerzego a klasztorem Hieronimitów; ani razu nie padła nazwa Alfama czy nawet Praça do Comércio), książkę czyta się lekko i przyjemnie, dzięki czemu jest to idealna lektura na wakacyjne popołudnie. Bo akurat tutaj nie szczegóły Lizbony a zagadki krwawych wydarzeń są ważne. A czy książka jest dobrym kryminałem? Niech ocenią znawcy gatunku.

Max Bilski
Hotel w Lizbonie

Jedną z tych osób, które będą miały możliwość oceniać, może być zwycięzca konkursu, w którym do wygrania jest egzemplarz książki podarowany przez Wydawnictwa Videograf, za co serdecznie dziękuję. Szczegóły konkursu w zakładce Konkursy w menu  po prawej stronie tego bloga lub tutaj.

środa, 1 lipca 2015

Elżbieta Sieradzińska: "Cesaria Evora" + KONKURS


O Cesarii Evorze słyszał każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką, słucha radia czy przegląda oferty koncertowe. Bo mimo iż od kliku lat nie ma jej z nami, echa twórczości kabowerdyjskiej śpiewaczki są wciąż obecne. Nie każdy natomiast wie, że Cesaria miała w Polsce przyjaciółkę, bliską – jak można wywnioskować z lektury książki, o której ten wpis. Na tyle bliską, by mogła ona napisać fascynującą biografię, która jest nie tylko biografią wielkiej artystki podziwianej przez miliony na całym świecie, ale także wspomnieniami o bliskiej osobie, jaką dla pani Elżbiety była Cesaria Evora.
Elżbieta Sieradzińska, jak czytamy na jej stronie internetowej czy na tylnej stronie okładki książki, jest romanistą z zamiłowania i wykształcenia, muzykiem i autorem tekstów z zamiłowania, tłumaczem z francuskiego, a także dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim. Nagrała nawet płytę, o której więcej na jej stronie internetowej tutaj. Z Cesarią Evorą autorka spędziła wiele chwil, zapewne wspaniałych (co można wywnioskować z lektury książki) w ciągu ostatnich dziesięciu lat życia pieśniarki – odwiedzając ją w Mindelo na Cabo Verde oraz jeżdżąc po całym świecie śladami Bosonogiej Divy.
Bo Bosonogą Divą była i jest nazywana kabowerdyjska pieśniarka. Bardzo często występowała boso, ale wcale nie dlatego, by solidaryzować się z jej biednymi rodakami, jak się powszechnie przyjęło i o czym rozpisywała się prasa.
W książce znajdziecie wyjaśnienie bosych stóp Cesarii Evory. Cesaria Evora, bo taki tytuł ma wydawnictwo, to pięknie wydana publikacja (jak zresztą zazwyczaj w wydawnictwie Marginesy), którą chce się przeczytać od razu po pierwszym wzięciu do ręki już za sam wygląd. Ładna twarda okładka, solidnie szyte kartki, bogato ilustrowane zdjęciami, często unikatowymi, z prywatnych zbiorów.
Książka rozpoczyna się od początków znajomości autorki książki z królową morny. Czytając, ma się wrażenie, że poznajemy pieśniarkę z Wysp Zielonego Przylądka razem z Elżbietą Sieradzińską, która w bardzo ciekawy sposób prowadzi narrację. Przy czym w ogóle nie daje nam odczuć, że w temacie Cesarii Evory jest wysoko ponad przeciętnym czytelnikiem, bo to właśnie ona przyjaźniła się z bohaterką książki.
Autorka książki, Elżbieta Sieradzińska
 (źródło zdjęcia tutaj)
Pani Elżbieta ustawiła się w cieniu, czasami może nawet za bardzo… No bo kto inny mógł tak jak ona zbliżyć się do Cesarii, kto mógł być za kulisami jej koncertów, mieć wstęp na każdy jej występ, dostąpić zaszczytu pilnowania jej torebki, rozmawiania na tematy prywatne a nawet intymne, albo kogo innego Cesaria podwoziła samochodem na spotkania, w obawie o jego bezpieczeństwo? Kto rozmawiał z jej dziećmi przez jej telefon komórkowy, gdy Cesaria była akurat w Warszawie? No i wreszcie – do kogo zadzwonił menadżer Cesarii, by poinformować o najsmutniejszym wydarzeniu, jakim była śmierć Artystki? Tą osobą była Elżbieta Sieradzińska, która w książce przyjmuje raczej rolę obserwatora i informatora – dzięki czemu zresztą efekt jest taki, że mamy rzetelną, pięknie napisaną biografię jednej z największych pieśniarek tzw. nurtu world music, która mam nadzieję doczeka się przekładów na inne języki. Szkoda, by tak dobra książka nie mogła być czytana przez wielbicieli Cesarii Evory z innych krajów. 
Jeden z rozdziałów w książce ma tytuł Lisbon story i jest poświęcony relacjom Cesarii Evory z Lizboną i Portugalią, które są określane mianem nieudanej randki. Pieśniarka miała oczekiwania wobec Portugalczyków, które zostały zawiedzione, stąd trochę rozczarowanie, z drugiej strony oczekiwanie na jeszcze jeden raz, który też niekoniecznie jest wymarzony.
Cesaria Evora podczas występu w lizbońskim Coliseu 
(źródło zdjęcia tutaj)
Mimo iż stolica Portugalii była celem pierwszej zagranicznej podróży Artystki, w dodatku wylot był na nagranie utworów na płytę, to tak naprawdę dopiero we Francji „odkryto” talent Cesarii. Wcześniej bywała ona w Lizbonie, gdzie czasem śpiewała w klubach by zarobić na przysłowiowy chleb, lizbońskim wytwórniom zaproponowano też krążki Cesarii, jednak uznano, że Portugalia nie jest gotowa na gwiazdę z dawnej kolonii – mówiąc najogólniej. Dopiero później, gdy Artystka odniosła już sukces we Francji i innych krajach, także w Portugalii bilety na jej koncerty rozchodziły się do ostatniego niemal natychmiast, płyty sprzedawały w olbrzymich nakładach, a Cesaria, nazywana przez bliskich Cize, była gwiazdą. Śpiewała z Marizą, Dulce Pontes, Tito Parisem, w Portugalii ukazywały się jej biografie, to właśnie portugalska telewizja nakręciła film dokumentalny o kabowerdyjskiej gwieździe z Mindelo. Niektórzy dziennikarze uznawali mornę, gatunek wykonywany przez bosonogą divę, za odmianę fado. Zresztą Cesaria lubiła fado, a zwłaszcza Amálię Rodrigues, której była fanką, i którą podziwiała. Z mniej artystycznych rzeczy – w Lizbonie Cesaria poddała się operacji stóp, by wreszcie mogła bezboleśnie chodzić. Z kolei drużyna piłkarska FC Porto była tą, której kibicowała.
Z książki wyłania się postać kobiety, o której dotąd tak naprawdę nie wiedziałem zbyt wiele. Cesaria Evora, której nazwisko początkowo było zapisywane Évora, zaczynała karierę jako młoda dziewczyna, która po prostu śpiewała w Mindelo przy różnych okazjach. I bez okazji też. Nie raz cierpiała niedostatek, bo za wykonaną pracę, jaką był śpiew, nie zawsze jej płacili, albo płacili szklanką koniaku. Ale ona i tak śpiewała, bo to było w jej sercu. Gdy na kilkanaście lat zniknęła dla świata, też śpiewała, ale tylko dla siebie. No może słuchała jej wtedy matka, z którą Cize mieszkała.
Cesaria Evora w swoim rodzinnym mieście (źródło zdjęcia tutaj)
Wraz z ubywającą liczbą stron książki coraz bardziej poznajemy gwiazdę z odległych wysp, dowiadujemy się o jej zwyczajach, o tym co jadała na śniadanie, dlaczego nie lubiła schodów, że nie lubiła czekać, uwielbiała zakupy, a punktualność była jedną z jej najbardziej rozpoznawalnych cech (przekonała się o tym chociażby Dorota Miśkiewicz, która spóźniła się na wspólne z Cesarią podpisywanie płyty i ostatecznie... podpisywała sama, bo Cesaria nie miała ochoty na nią czekać; zresztą o Dorocie Miśkiewicz i duecie z Cesarią, wspólnym nagrywaniu teledysku i występach jest w książce trochę więcej niż jeden akapit). Poznajemy po kolei etapy kariery pieśniarki, kolejne płyty, koncerty, wyróżnienia; Autorka wyjaśnia niektóre kwestie, nie zawsze znane w Polsce czy opisywane we właściwym kontekście i brzmieniu, albo raczej „rozjaśnia” je i komentuje. Cesaria zjeździła z koncertami cały świat, od Afryki przez Bliski i Daleki Wschód, obie Ameryki, Australię. Do współpracy zapraszali ją również artyści z całego świata – wiele muzycznych projektów udało się zrealizować, na niektóre zabrakło czasu (jak ten z Carlosem Santaną), inne były trochę niemożliwe do zrobienia (jak duet z Madonną, fanką Bosonogiej Divy – z powodu różnych upodobań muzycznych), a
Mariza z Cesarią (źródło zdjęcia tutaj)
jeszcze inne były marzeniami Cesarii (duety z Julio Iglesiasem czy Charlesem Aznavourem). Ciekawa jest historia współpracy z Kayah, o której również można przeczytać w książce (w przeciwieństwie do duetu z Dorotą Miśkiewicz, którą wybrała wytwórnia z Polski do polskiej edycji płyty nie pytając Cesarii o zgodę czy opinię, Kayah i Evora wspólnie wybrały utwór, który nagrają, a współpraca była jeszcze kilka razy odnawiana podczas wspólnych występów; duet z Kayah znalazł się zresztą na międzynarodowej edycji płyty Cesarii). Interesujące są kwestie dotyczące tego, jak Cesaria przygotowywała się do koncertów (albo raczej jak się nie przygotowywała), w jaki sposób powstawały jej przeboje i płyty, jak reagowała na różne sytuacje, co ją dziwiło, a nad czym przechodziła do porządku czym z kolei zadziwiała innych. Książka Elżbiety Sieradzińskiej to dodatkowo poboczne historie bliskich pieśniarki – jej rodziny, współpracowników i przyjaciół. A także przybliżenie polskiemu czytelnikowi obrazu Cabo Verde, które u nas wciąż są traktowane w kategoriach egzotyki.
Tylko raz udało mi się być na koncercie Bosonogiej – było to w Gliwicach w 2009 r. Z drugiej strony – cieszę się, że przynajmniej raz. Był to niesamowity koncert – podobne wspomnienia mają moi znajomi, którzy też tam byli. Nie zdołał go zepsuć nawet Wojciech Cejrowski, którego nie wiadomo po co organizatorzy zaprosili na imprezę… A wątek gliwickiego koncertu pojawia się zresztą w książce – Autorka też na nim była – m.in. pilnowała torebki Cesarii ;-), stojąc tuż przed sceną. Jest też zdjęcie Artystki z gliwickiego występu.
A dlaczego piszę o tej książce na blogu o Lizbonie i Portugalii? Mógłbym napisać, że dlatego, bo chcę :) Po prostu lubię słuchać muzyki Evory, chętnie poznałem jej życie, a sama Artystka trochę jednak kojarzy mi się z Portugalią (także przez historyczne związki Wysp z tym krajem); zresztą większość posiadanych płyt Cesarii kupiłem w Lizbonie, mieście z którym ona sama mimo wszystko była w pewien sposób związana.

Elżbieta Sieradzińska
Cesaria Evora
Wydawnictwo Marginesy 2015

Fanom pieśniarki z Cabo Verde polecam stronę Elżbiety Sieradzińskiej, która jest dodatkowym, przepastnym kompendium o Cesarii Evorze: www.sieradzinska.pl.

A przy okazji postu o książce zapraszam do konkursu, w którym do przekazania mam jeden jej egzemplarz (podarowany przez wydawcę). Szczegóły dotyczące zabawy tutaj lub w zakładce Konkursy w bocznym menu tego bloga. 
W Mindelo (źródło zdjęcia tutaj)
Przyjaciółki - Elżbieta Sieradzińska & Cesaria Evora (źródło zdjęcia tutaj)
Cesaria podczas występu w Gliwicach w 2009 r. (źródło zdjęcia tutaj)



wtorek, 9 czerwca 2015

Neil Lochery: Lizbona. Miasto światła w cieniu wojny 1939-1945 + KONKURS


Portugalia była jednym z nielicznych państw w Europie, które pozostały neutralne w czasie II wojny światowej (obok Szwajcarii i Irlandii). Przynajmniej oficjalnie, bo historia pokazała, że nie dało się całkowicie uniknąć zawirowań wojennych, a niektóre głosy wręcz zarzucają, że początkowa neutralność pod koniec wojny istniała tylko w teorii.
Okładka polskiego wydania książki
(źródło zdjęcia tutaj)
Tytuł książki z kolei odzwierciedla niejako nocne spojrzenie na miasto z góry – podczas gdy cała Europa w okresie wojny kryła się w ciemności, Lizbona była rozświetlonym punktem na mapie. Tak jak na zdjęciu z okładki.
Stolica Portugalii była spokojnym miastem, w którym z rzadka bywali obcokrajowcy, a kawiarniane stoliki zajmowali miejscowi, głównie mężczyźni, którzy przy filiżance ulubionej bica i prasie omawiali bieżące wydarzenia. Wojna wydawała się początkowo odległą sprawą. Jednak sytuacja szybko uległa zmianie, a Lizbona stała się miejscem, do którego przez Hiszpanię zmierzali wszyscy ci, którzy przed niebezpieczeństwami wojny chcieli udać się do Palestyny lub Stanów Zjednoczonych. Z Lizbony odpływały w tych kierunkach statki i odlatywały wodnosamoloty, samoloty i sterowce.

Większość zagadnień pojawiających się w książce autor omówił w kontekście sojuszu brytyjsko-portugalskiego, jednak nie ma to żadnego negatywnego wpływu na lekturę książki czy też ogląd sytuacji. Portugalia była od dziesiątek lat partnerem Wielkiej Brytanii i po wybuchu wojny sytuacja ta miała nie ulec zmianie. Problemem, z którym musiał sobie poradzić Salazar, było postrzeganie tego sojuszu przez Niemców, którzy ewentualną dotychczasową współpracę mogli uznać za złamanie zasad neutralności. Sytuacja, w jakiej znalazła się Portugalia, skądinąd państwo słabe, biedne i słabo rozwijające się w owym czasie, wymagała od Salazara niezłej „gimnastyki”, która pozwoliłaby uchronić kraj i jego obywateli przed groźbą ataków i udziału w wojnie. W ogólnej ocenie bardzo dobrze mu się to udało, natomiast niektóre sposoby, do których się uciekał, pozostają kwestią dyskusyjną co do ich moralności czy uczciwości.

O tych wszystkich kwestiach można przeczytać w książce Brytyjczyka Neilla Lochery’ego Lizbona. Miasto światła w cieniu wojny 1939–1945. Autor jest historykiem i publicystą specjalizującym się m.in. we współczesnej historii regionu śródziemnomorskiego, co pozwala sądzić, że zna się na tym, o czym pisze w książce, a jej lektura uświadamia, że jego wiedza została poprzedzona licznymi badaniami źródłowymi.
Neil Lochery, autor książki (źródło zdjęcia tutaj)
Z książki można się dowiedzieć różnych, czasami bardzo zaskakujących informacji, ciekawostek, faktów..., na przykład tego, co było powodem, że Salazar zastąpił zdjęcie Mussoliniego na swoim biurku podobizną papieża, albo tego, ile wysiłku kosztowało go, by nie dopuścić do zajęcia Azorów przez wojska jednej lub drugiej z walczących w czasie wojny stron. Dowiemy się także, jaka była historia przyznania dyktatorowi honorowego tytułu naukowego Uniwersytetu w Oksfordzie oraz jak wyglądał rozkład dnia portugalskiego przywódcy.

Ciekawa jest historia księcia i księżnej Windsoru, którzy przybyli do Portugalii tylko na chwilę, a zostali znacznie dłużej w domu Ricardo Espírito Santo, skądinąd przyjaciela Salazara. Jak zakończyła się operacja „Willi”, i jakie skutki miała dla stron wojny? Jaką rolę odegrał w niej wspomniany Ricardo Espírito Santo? Wątek pary książęcej kończy się 1 sierpnia 1940 r. o godz. 15.00 – wówczas wsiadają na pokład parowca „Excalibur” i udają się w drogę na Bahamy, gdzie książę Edward miał objąć stanowisko gubernatora.

Jeszcze przed przybyciem książęcej pary Salazar zarządził zorganizowanie Exposição do Mundo Português, czyli Wystawy Świata Portugalskiego w celu uczczenia osiemsetnej rocznicy powstania państwa portugalskiego (1140 r.) i trzechsetnej wyzwolenia spod panowania hiszpańskiego (1640 r.). Za techniczne aspekty organizacji wystawy odpowiedzialny był Duarte Pacheco, przedwcześnie zmarły (16 listopada 1943 r. w wyniku wypadku samochodowego) minister oraz prezydent Lizbony, budowniczy m.in. lizbońskiego lotniska, z którego wszyscy korzystamy do dziś. Wystawa oraz towarzyszące jej wydarzenia to jeden z szeroko opisanych w książce tematów.

Dzięki lekturze dowiemy się, że Marc Chagall, poproszony przez Peggy Guggenheim o pożyczenie na podróż 50 dolarów Maxowi Ernstowi, odmówił wykręcając się w niezbyt ładny sposób próbując tymczasem przetransferować do Stanów Zjednoczonych 8 tys. dolarów. Grupie uciekinierów, w której oprócz Peggy Guggenheim i Maxa Ernsta był Laurence Vail oraz ich rodzina i przyjaciele, pomagał Varian Fray, Amerykanin, którego historia pomocy żydowskim uchodźcom z Francji przez Hiszpanię i Portugalię również została opisana w książce. Podobnie zresztą jak losy Aristidesa de Sousy Mendesa, który swoje czyny przypłacił utratą stanowiska i dożywotnią banicją dyplomatyczną. Salazar w żaden sposób nie tolerował wychylania się poza wytyczone przez siebie ramy. Sporo miejsca poświęcono w książce temu dzielnemu ambasadorowi, jego historię można też poznać oglądając filmy biograficzne, które czasem pojawiają się w telewizji w Polsce − Konsul z Bordeaux oraz Désobéir (Aristides de SousaMendes). Autor umniejsza nieco jego rolę, ale tylko poprzez udokumentowaną redukcję liczb uratowanych, które dotychczas wydawały się mocno zawyżone, w żaden sposób nie umniejszając jego zasług.

A czy wiecie, czym była wolframowa gorączka? Jej wątek przewija się przez całą książkę, bo i przez całą wojnę wolfram odgrywał dużą rolę, zarówno dla obu walczących stron, jak i dla gospodarki portugalskiej. A może zwłaszcza dla niej. Czy ten neutralny kraj handlował wolframem uczciwie, i czy słusznie bogacił się na wydobyciu i sprzedaży tego cennego w czasie wojny surowca i jaki miało to wpływ na zwykłego portugalskiego obywatela? Okazuje się, że ogromny.

Ostatnia fotografia Lesliego Howarda - kolacja
w hotelu Aviz w Lizbonie (aktor siedzi przy stole,
w jasnym garniturze; źródło zdjęcia tutaj)
Jeden z rozdziałów poświęcono Lesliemu Howardowi, gwiazdorowi znanemu m.in. z filmu Przeminęło z wiatrem, którego ostatnie zdjęcie, zrobione podczas kolacji w lizbońskim hotelu Aviz, zostało zamieszczone w książce. Dlaczego była to ostatnia fotografia aktora? Co stało się z samolotem do Anglii, na pokład którego wsiadł on 1 czerwca 1943 r.?
Leslie Howard to nie jedyny „hollywoodzki” wątek książki. Pod koniec filmu Casablanca jest scena, w której samolot z Victorem Laszlo i Ilsą Lund odlatuje w stronę neutralnej Lizbony. W książce czytamy, że „w latach drugiej wojny światowej realia tego miasta w niezwykłym stopniu przypominały scenerię Casablanki, tak iż wiele osób działających w Lizbonie w późniejszym okresie wojny określało stolicę Portugalii czułym mianem »drugiej Casablanki«”. Z kolei kasyno w Estoril było miejscem, w którym w blackjacka grał Ian Fleming, młody agent zajmujący się w Casino Estoril przygotowaniem akcji o kryptonimie Golden Eye. Lizbona i okolice były przepełnione szpiegami niemieckimi i brytyjskimi, którzy niemal otwarcie działali tam w czasie wojny, i którym poświęcono w książce sporo wątków, co z kolei sprawia, że czyta się ją jednym tchem.

Okładka brytyjskiego wydania książki
(źródło zdjęcia tutaj)
Ciekawy wątek, dotyczący Salazara, pojawia się pod koniec książki. W pewnym momencie w prasie brytyjskiej opublikowano informację, że António de Oliveira Salazar wziął ślub z portugalską arystokratką Caroliną Assecą, a zdjęcie na jednej z okładek podpisano: „Salazar z Portugalii, dziekan dyktatorów”. Kwestia była o tyle ważna, że przywódca dawał wcześniej do zrozumienia, że nie zamierza mieć żony czy dzieci, by w pełni móc poświęcić się sprawom kraju. Spekulacje o związku, a tym bardziej ślubie niosły za sobą daleko idące przypuszczenia, że wówczas dyktator musiałby opuścić stanowisko. Nie było to całkiem dobrze widziane np. przez Anglię, o czym wyczerpująco pisze w swojej książce Neil Lochery.

Zgłębia też bardzo dokładnie kwestię portugalskiego, a właściwie nazistowskiego złota, który stał się problemem międzynarodowym po wojnie, a Portugalia stanęła przed problemem zwrotu nabytych w czasie wojny sztabek. Zakończenie tej kwestii jest co najmniej zaskakujące. Tak samo jak to, że Portugalia znalazła się w gronie trzech neutralnych państw europejskich, których rządy przesłały do Niemiec kondolencje na wieść o śmierci... Hitlera.

Książkę przeczytałem niemal jednym tchem, co jest zasługą przede wszystkim lekkiego stylu, w jakim została napisana. Jednocześnie jest naszpikowana informacjami z okresu wojny, o których istnieniu większość z nas nie zdaje sobie sprawy, popartymi rzetelnymi odniesieniami do zachowanych dokumentów, do których udało się dotrzeć autorowi. Polecam lekturę zarówno fanom i wielbicielom Lizbony i Portugalii, jak i miłośnikom historii, a także wszystkim ciekawym i ciekawskim.

Neill Lochery, tłum. Arkadiusz Bugaj
Lizbona. Miasto światła w cieniu wojny 1939-1945
Czytelnik 2015

Przy okazji zapraszam do konkursu, w którym można wygrać jeden egzemplarz książki podarowany przez wydawcę – Spółdzielnię Wydawniczą Czytelnik. Szczegóły konkursu tutaj lub w zakładce Konkursy w lewym menu strony tego bloga.


Rozświetlona Lizbona z lat wojennych (zdjęcie pochodzi ze strony autora książki tutaj)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Nowości książkowe w mojej bibliotece

Co jakiś czas pojawiają się nowe książki tematycznie związane z Portugalią, a ja z racji zainteresowań tematem portugalskim, jak i samymi książkami oraz ich namiętnym kupowaniem (czytaniem też), staram się być na bieżąco. Nie zawsze mi się to udaje, ale w ostatnim czasie nabyłem kilka mniej lub bardziej interesujących pozycji, które Czytelnikom bloga polecam (nawet jeśli nie do końca książki przypadły mi do gustu). Po datach ukazania się widać, że przeważnie nie są to nowości rynkowe, bo książki mają już po kilka lat (w przypadku ostatniej - kilkadziesiąt; to nabytek antykwaryczny). Nie porywam się na recenzje, bo niestety żadnej z wymienionych poniżej książek nie przeczytałem jeszcze w całości, polecam jednak uwadze przy wyborze następnej lektury do poduszki, czy może raczej do podróży...


Neill Lochery: Lizbona. Miasto Światła w cieniu wojny 1939–1945, Warszawa 2015 (tłum. Arkadiusz Bugaj)

Będąc ostatnio w Londynie zastanawiałem się, czy kupić tę książkę w wydaniu oryginalnym – jeszcze wtedy nie wiedziałem, że parę dni wcześniej ukazała się polska edycja. Kilka lat temu czytałem powieść Kiedy Salazar spał, która rozbudziła we mnie ciekawość na temat losów Lizbony i Portugalii w czasie II wojny światowej. Być może będzie to interesująca lektura – na pewno pod względem pogłębienia wiedzy o nie tak odległej historii portugalskiej stolicy. Autor Neill Lochery jest brytyjskim publicystą i historykiem specjalizującym się w najnowszej historii regionu śródziemnomorskiego i Bliskiego Wschodu. Książka jest ilustrowana fotografiami Lizbony i innych miejsc w Portugalii z okresu II wojny światowej.


Maciej Słęcki, Bohdan Szklarski: Franco i Salazar : europejscy dyktatorzy, Radzymin 2012

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza dotyczy Hiszpanii i władającego nią w latach 1936–1975 Francisca Franco, który wprowadził rządy dyktatorskie z elementami faszyzmu.
W części II, zatytułowanej António Salazar – twórca i ideolog portugalskiego autorytaryzmu, opisano 36-letnie rządy portugalskiego przywódcy. Portugalia czasów Salazara to epoka, od której odcinają się współczesne władze, a książka ma być próbą odpowiedzi czy słusznie, a jeżeli nie, to dlaczego.
Na ostatniej stronie okładki czytamy, że autorzy książki tworząc tę publikację włączają się w debatę dotyczącą Franco i Salazara – postaci, które wciąż budzą duże emocje, także u nas. W debacie wypowiadają się zarówno zwolennicy, jak i krytycy obu przywódców, co powinno pozwolić czytelnikowi na uzyskanie obiektywnej wiedzy na temat programów politycznych, gospodarczych, społecznych i kulturalnych systemów Franco i Salazara. Czy tak jest – okaże się po przeczytaniu książki.


Piotr Cieplak: O niewiedzy w praktyce, czyli droga do Portugalii, Wrocław 2014

Nie podoba mi się to, w jaki sposób ta książka została wydana. Owszem, postarano się o twardą oprawę i szycie, ale mamy tu przykład, że to nie wystarczy. Nie przeczytałem jeszcze całości, bo nie zachęca mnie do tego jej szata graficzna, i nawet przeczytane fragmenty nie zdołały tego zmienić (co też o czymś świadczy). W książce są ilustracje, zdjęcia z podróży autora, ale wyglądają one jak wydruki ze średniej jakości drukarki na zwykłym biurowym papierze. A szkoda, bo temat ma potencjał, a odbyta wyprawa tym bardziej. Szkoda, że wydawca nie wysilił się i nie pozyskał środków na lepsze wydanie, nawet kosztem twardej oprawy, która w tym przypadku nie ratuje całości. Być może zmienię zdanie po przeczytaniu, na razie jednak książka mnie nie zachwyciła. Może ktoś z Was ma inne zdanie?


Franciszek Ziejka: Moja Portugalia, Kraków 2009

Książka jest częścią Tryptyku Europejskiego, który autor wydaje z pomocą wydawnictwa Universitas. Na stronie redakcyjnej widnieje data 2009 r., ale mam przed sobą wznowienie, które ukazało się w ubiegłym roku (to starsze wydanie mi umknęło). Autor książki, co można zresztą przeczytać na ostatniej stronie jej okładki, jest profesorem, który utworzył na uniwersytecie w Lizbonie lektorat języka i kultury polskiej. W książce zamieścił wynik swoich zainteresowań krajem nad Tagiem i Douro, dzieląc publikację na cztery części. Pierwsza to portugalski dziennik autora z okresu październik 1979–styczeń 1980 r. Część druga została zatytułowana Z moich podróży do Portugalii – są tu opisane miejsca, które Franciszek Ziejka odwiedził, m.in. Algavre, Evorę, Óbidos czy Coimbrę. Nie zabrakło oczywiście Lizbony. Część trzecia zawiera Tragiczne dzieje miłości Pedra i Ines – fascynującą opowieść o tragicznej historii miłosnej. Część czwarta to naukowe przygody autora z Portugalią. Zapowiada się ciekawie.


Janina Pałęcka, Oskar Sobański: Lizbońskie ABC, Warszawa 1985

To nowość ale z kategorii antykwarycznej, bo książka raczej nie jest dostępna w żadnej księgarni. Mimo iż została napisana w pierwszej połowie lat 80. XX w. i niektóre odniesienia do ówczesnej rzeczywistości wydają nam się nierealne, książka jest całkiem interesująca. Przede wszystkim można w niej znaleźć wiele ciekawych informacji dotyczących Portugalii, a o to nam przecież chodzi. Wśród najciekawszych rozdziałów są te o azulejos, Luzjadach, portugalskim teatrze i filmie (oczywiście do ok. 1984 r.), Vinho vVerde, fado itd. Opisane są też portugalskie zwyczaje i tradycje. Niektóre rozdziały są zapisem wędrówek  autorów przez różne miasta, miasteczka i portugalskie wsie i czytanie o tym jest ciekawe mimo upływu lat.


niedziela, 16 listopada 2014

José Saramago w sztuce ulicznej Lizbony

Dziś urodziny José Saramago. Portugalski noblista urodził się w 1922 r. w miejscowości Azinhaga. Niedawno pisałem o pisarzu tutaj, a dziś kilka murali z lizbońskich ulic z wizerunkiem José i jego żony Pilar.