Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisboa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisboa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2019

Józef Piłsudski w Lizbonie i na Maderze w fotografiach Narodowego Archiwum Państwowego

W związku z przypadającym dziś Świętem Niepodległości (i aby oderwać się na chwilę od Fado, o którym ostatnio sporo pisaliśmy), zamieszczamy zdjęcia Józefa Piłsudskiego w Portugalii – w Lizbonie i na Maderze. Pewnie nie wszyscy wiecie, że w stolicy wyspy, Funchal, marszałek spędził sporo czasu, bo aż trzy miesiące (od 20 grudnia 1930 r. do 23 marca 1931 r.). Odpoczywał tam w willi Bettencourt, na której dziś znajduje się tablica upamiętniająca ten fakt. Powstała nawet książka Józef Piłsudski na Maderze autorstwa Adama Lewandowskiego, a w samym Funchal znajdziecie kilka innych pamiątek po Piłsudskim.
Przed wypłynięciem na Maderę Piłsudski przebywał w Lizbonie, co również dokumentują zdjęcia. Te zamieszczone poniżej pochodzą z Narodowego Archiwum Państwowego. Oprócz fotografii związanych z Piłsudskim, zamieszczamy też dwa z marynarzami ORP "Iskra" na Miradouro de São Pedro de Alcântara w Lizbonie i kilka innych zdjęć z tamtego okresu.

Lizbona. Marszałek Polski Józef Piłsudski w towarzystwie witających go gości (źródło zdjęcia tutaj)

Lizbona. Marszałek Polski Józef Piłsudski i prezydent Portugalii Antonio Carmona (z prawej; źródło zdjęcia tutaj)

Marszałek Polski Józef Piłsudski w otoczeniu przedstawicieli rządu i armii portugalskiej. Widoczny m.in. prezydent Portugalii Antonio Carmona (4. z prawej na pierwszym planie; źródło zdjęcia tutaj)

Marynarze ORP "Iskra" na tle panoramy miasta (źródło zdjęcia tutaj)

Marynarze ORP "Iskra" przy fontannie (źródło zdjęcia tutaj)

Lizbona. Gmach Poselstwa RP (źródło zdjęcia tutaj)

Funchal. Józef Piłsudski podczas wypoczynku (źródło zdjęcia tutaj)

Funchal. Józef Piłsudski podczas spaceru przed willą, w której mieszkał (źródło zdjęcia tutaj)

Józef Piłsudski podczas zwiedzania wyspy Madery łodzią motorową. Widoczna m.in. lekarka marszałka Eugenia Lewicka (źródło zdjęcia tutaj)

Funchal. Adiutant marszałka Józefa Piłsudskiego kapitan Mieczysław Lepecki na przejażdżce saneczkami po bruku (źródło zdjęcia tutaj)
Funchal. Willa "Bettencourt", w której mieszkał Józef Piłsudski (źródło zdjęcia tutaj)

poniedziałek, 27 listopada 2017

Mój koncertowy listopad w Lizbonie

Miguel Araujo i Ana Moura (źródło zdjęcia tutaj)
Listopad to był dla mnie bardzo koncertowy czas, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę portugalską. Jedną trzecią tego miesiąca spędziłem w Lizbonie i akurat podczas mojej obecności odbywało się mnóstwo koncertów, które mnie interesowały. Do tego stopnia było ich dużo, że nie na wszystkie mogłem iść. Bo np. koncerty Teresy Salgueiro, Tito Parisa i kogoś tam jeszcze pokrywały się czasowo z koncertem Carlosa do Carmo i Raquel Tavares, w którym udział był dla mnie bezdyskusyjny. Wybrałem jeszcze kilka i z udziału w nich jestem w większości zadowolony. Piszę, że w większości, bo w przypadku jednego z nich było trochę zgrzytów, o czym za chwilę.
Napiszę jeszcze o mnich odczuciach niekoniecznie muzycznych, jeśli chodzi o występy muzyczne w Lizbonie, przynajmniej na przykładzie tych wydarzeń, w których brałem udział. Przede wszystkim prawie zawsze zaczynają się z opóźnieniem, i to niekoniecznie 10–15 minutowym, w czym rekord pobili organizatorzy Gali Fado (o której poniżej) – impreza zaczęła się z niemal godzinnym opóźnieniem (o godzinie 15.00, która widniała na biletach, zaczęto dopiero wpuszczać gości na widownię!). Drugą rzeczą, która trochę mnie raziła, było to, jak ludzie się ubierali na koncerty czy na galę (!) – jakieś zwykłe „łachy”, które nie przystawały do rangi wydarzeń. Może za często chodzę do NOSPR-u, ale raziło mnie to bardzo. Nieco lepiej było jedynie na koncercie Pedro Jóia Trio w CCB, gdzie były i marynarki, i koszule, i nawet suknie. Szczytem wszystkiego był jednak popcorn sprzedawany przez obnośnych handlarzy przed koncertem Carlosa do Carmo i Raquel Tavares. Panowie z popcornem i innymi specjałami przechadzali się między mega wąskimi rzędami siedzeń i nawoływali do kupna. Chętnych było wielu. Nie wiem, jakim cudem organizatorzy zgadzają się na takie rzeczy. Ale dość narzekań.
António Zambujo, Ana Moura, Miguel Araujo, Kappas, Ana Bacalhau, João Só
i muzycy grający podczas koncertu (fot. Krzysztof Rosenberger)
Pierwszym koncertem, na którym byłem, był ten Miguela Araújo – 11 listopada w Coliseu. Pierwszy raz byłem w tej sali, dlatego kupując bilety miejsca wybierałem w ciemno. Niby było blisko sceny, ale z bardzo złą widocznością, co widać na zdjęciach i nagraniach. Ale sam koncert, który rozpoczął się o 22.00 (nie licząc opóźnienia), był fantastyczny. Pierwszy raz słyszałem tego Artystę na żywo w czerwcu (o czym wspominałem tutaj) i już wówczas zrobił na mnie wrażenie. Teraz było jeszcze lepiej. Ponadto byli zaproszeni goście. W pierwszej części Artysta zaprezentował utwory z ostatniej płyty Giesta z towarzyszeniem muzyków, z którymi gra na co dzień, natomiast w drugiej odsłonie pojawili się dodatkowo muzycy z instrumentami dętymi, starszy materiał i zaproszeni goście. Było ich aż czworo. Nie znałem dotąd João Só i pewnie nie zapamiętam go na dłużej, chociaż wspólne wykonanie piosenki z gospodarzem wieczoru mi się podobało. Z Aną Mourą, którą pierwszy raz słyszałem na żywo w Portugalii, zaśpiewał genialne Fado Dancado. Utwór pochodzi z płyty Moura, ale Miguel jest jego współautorem. Jak im wyszło możecie posłuchać na filmiku poniżej. Kolejną zaproszoną Artystką była Ana Bacalhau, którą słyszałem na żywo po raz pierwszy w ogóle, i która właśnie wydała solową płytę (pisałem o tym tutaj). Miguel Araújo napisał na nią piosenkę Ciúme i właśnie ona zabrzmiała na koncercie. Ten duet też mi się podobał. 
Miguel Araujo i Ana Bacalhau (źródło zdjęcia tutaj)
Ostatnim zapowiedzianym gościem był zespół Kappas, o którym wcześniej nie słyszałem. Na scenę weszli starsi panowie i wspólnie z muzykami gospodarza wykonali utwór House of the Rising Sun. Wzbudzili niesamowity entuzjazm wśród publiczności. Tutaj możecie zobaczyć ich wspólny występ, który miał miejsce kilka dni wcześniej w Porto. Zapowiedzianych gości było czworo, tymczasem na bis wyszedł jeszcze António Zambujo. Jakież było moje zaskoczenie. Artyści wykonali wspólnie jedną piosenkę Miguela Araújo oraz Pica do 7 Antónia. Wyszło cudnie. W kolejnym bisie wystąpili jeszcze wszyscy artyści, którzy pojawili się tego wieczoru. Gdy koncert się skończył, było całkiem blisko godz. 1.00.

Miguel Araujo i Kappas

Miguel Araujo

Miguel Araujo i Ana Moura

Helder Moutinho podczas Gali de Fado d'a Voz do Operario (źródło zdjęcia tutaj)
12 listopada o godz. 15.00 miała się rozpocząć 1. Gala de Fado d'A Voz do Operário. Jak już pisałem, rozpoczęła się z niemal godzinnym opóźnieniem. I to nie było jedyne przewinienie operatorów, którzy przybyłą widownię zaczęli wpuszczać do sali widowiskowej (impreza odbywała się w budynku przy Rua da Voz do Operário pod nr. 13) dopiero po godz. 15.00. Były też olbrzymie problemy z dźwiękiem i naprawdę współczuję wykonawcom, którzy występowali jako pierwsi (później Artystom przekazywano mikrofon prowadzących). Samo prowadzenie imprezy i stroje męskich prowadzących, które nijak się miały do galowej sukni pani prowadzącej, też pozostawiały wiele do życzenia. Niestety nie wytrzymałem do końca gali. A szkoda, bo to mogła być wspaniała impreza.

Obraz inspirowany Marią da Nazare,
będący jednocześnie inspiracją dla wzoru wręczanej
statuetki (źródło zdjęcia tutaj)
Przyznawano na niej nagrody twórcom fado, jednak nagrodzonych wybierali pracownicy tej branży muzycznej a nie np. krytycy. Nagrodę specjalną odebrała Maria da Nazaré, która przy okazji była inspiracją dla twórców statuetki (na zdjęciu). Podobało mi się jak śpiewała, zawsze zresztą chciałem usłyszeć ją na żywo. Nagrodę w kategorii „Popular” odebrał José António Garcia – jak się zaprezentował możecie zobaczyć i usłyszeć na filmiku. Nagrody w kategorii „Objawienie” odebrali Beatriz Felizardo i Pedro Junot. Oboje byli nieźli, chociaż Beatriz występowała jako pierwsza i problemy z dźwiękiem były jeszcze ogromne. Szkoda, bo dla niej pewnie to było ważne wydarzenie. Ale być może niedługo usłyszymy o obojgu Artystach więcej. Wśród nagrodzonych byli też Mestre António Parreira i Vital d’Assunçao (w kategorii „Kompozytor”), Anita Guerreiro („Prémio Lisboa”), Mário Raínho i Fernando Campos de Castro („Prémio Poesia e Literatura”), Maria Amélia Proença i António Rocha (w kategorii „Kariera”), Grupo Sportivo Adicense („Prémio Divulgação”) oraz Carlos do Carmo („Prémio Solidariedade”). Carlosa do Carmo nie widziałem wśród gości, którzy pojawiali się później na scenie. Pomiędzy przyznawaniem nagród i występami nagrodzonych były też występy zaproszonych fadistów: Ana Maurício, António Pinto Basto, Augusto Ramos, Cidália Moreira, Conceiçao Ribeiro, Emma, Fernando Santos, Filipe Duarte, Hélder Moutinho, Jorge Baptista da Silva, Luís Matos i Vanessa Alves. Nie pamiętam już kto w jakiej kolejności występował, ani kto podobał mi się najbardziej, bo przyznam się, że oprócz Filipe Duarte i Héldera Moutinho nie znałem wcześniej tych Artystów. Wiem że wrażenie zrobiła na mnie Vanessa Alves i Conceiçao Ribeiro. Solistom na scenie towarzyszyli muzycy, naprzemiennie: António Parreira i Manuel Gomes, Fernando Gomes i Guilherme Carvalhais oraz Fernando Costa i Nuno Lourenço. Galę prowadzili Diamantina (ta ładnie ubrana) oraz José Nobre i Vítor de Sousa (ubrani niezbyt stosownie do okoliczności). Była to pierwsza gala i wierzę, że za rok organizatorzy, już z pewnym doświadczeniem, spiszą się znacznie lepiej. Tego im życzę, bo impreza ta naprawdę miała potencjał i zapowiadała się na ważne wydarzenie.

José António Garcia

Bernardo Viana podczas koncertu o Fado Acontece (grał także w zespole Raquel Tavares
na koncercie w Campo Pequenio; fot. Krzysztof Rosenberger)
O koncercie O Fado Acontece, podczas którego zaprezentowało się 10 fadystów i podczas którego zbierano fundusze na wspieranie projektów w zakresie edukacji i współpracy rozwojowej Portugalii i Mozambiku, pisałem już tutaj, zapraszam więc do oddzielnej luktury.


Pedro Jóia Trio (João Frade, Pedro Jóia i Norton Daiello) i Mariza (źródło zdjęcia tutaj)
Następnego dnia, 15 listopada o godz. 21.30 w Centro Cultural de Belém, odbył się koncert Pedro Jóia Trio, na który zaproszona została Mariza. To cykl koncertów, na który Pedro Jóia zaprasza różnych artystów. Od 2012 r. Pedro jest kierownikiem zespołu Marizy, gdzie gra na gitarze akustycznej, zajmuje się też własnym projektem właśnie pod nazwą Pedro Jóia Trio. Koncert składał się z gitarowych kompozycji, wśród których było sporo kawałków Paco de Lucíi, którego Pedro jest chyba fanem. W końcowej części koncertu na scenę weszła Mariza, która, jak zapowiedział gospodarz wieczoru, dzień wcześniej wróciła z tournée po Stanach Zjednoczonych. Nie znam pierwszej piosenki, którą wykonała. Potem była z gracją zaśpiewana Capriciosa, jak zawsze piękne Meu Fado i na koniec Adeus, które bardzo lubię. Nie obyło się bez bisu, w którym Mariza zaśpiewała kolejną piosenkę, której nie znam. Być może to utwory z nowej płyty, która chyba niedługo, ale trochę dalekie były od fado, aczkolwiek bardzo piękne. Może ktoś z Was był i słyszał? Koncert był świetny, a Grande Auditorio w CCB to jedna z lepszych lizbońskich sal koncertowych, takie jest przynajmniej moje wrażenie.


Mariza, João Frade, Pedro Jóia i Norton Daiello (źródło zdjęcia tutaj)
Ostatni biletowany koncert, na jakim byłem w listopadzie w Lizbonie to wspólny występ Carlosa Do Carmo i Raquel Tavares w Campo Pequenio (od razu zaznaczę, że to najbardziej niewygodna sala, w jakiej byłem na koncercie – na plecach czułem przez cały koncert czyjeś nogi, moje chyba też komuś z przodu przeszkadzały). Obojga Artystów po raz pierwszy słyszałem na żywo i oboje byli wspaniali. Na Carlosa do Carmo cieszyłem się najbardziej z całej tej listy Artystów, bo wiadomo że nie koncertuje on już tak często i trafić na jego występ wcale nie jest tak łatwo. Jakaż więc była moja radość, gdy okazało się, że zaśpiewa w Lizbonie wtedy, gdy ja tam jeszcze będę. I do tego z Raquel Tavares. Pomijając kwestie organizacyjne, było nieziemsko, dwa wspaniałe głosy na jednej scenie!

Carlos do Carmo & Raquel Tavares (źródło zdjęcia tutaj)
Najpierw na scenę weszli muzycy obojga Artystów, potem Raquel i na końcu Carlos do Carmo. Rozpoczęli od nagranego niegdyś wspólnie na płytę tego ostatniego utworu O Que Sobrou de um Queixume i od razu wypadli genialnie. Może to zresztą magia tego duetu. Później Artyści naprzemiennie wykonywali po dwa utwory. Carlos do Carmo śpiewał głównie największe przeboje; zresztą, co w jego dorobku nie było przebojem. Były więc m.in. Bairro Alto, Um Homem na Cidade,Os Putos czy Fado da Saudade. Nie zabrakło też Gaivoty i Canoas do Tejo, natomiast Lisboa, Menina e Moça Artyści wykonali wspólnie na bis. Raquel Tavares wykonywała natomiast utwory ze swojej płyty Raquel. Były więc nastrojowe Deste-me um Beijo e Vivi, Não Me Esperes de Volta czy Regras De Sensatez jak i bardziej żywiołowe Limão, Tradição, Rapaz Da Camisola Verde czy Gostar De Quem Gosta de Nós. Nie zabrakło też oczywiście ostatniego przeboju Meu Amor De Longe. Nie muszę chyba dodawać, że większość utworów obu Artystów publiczność śpiewała razem z nimi. Pomiędzy wykonaniami Artyści prowadzili ożywione rozmowy, których niestety nie rozumiałem, były tam jednak m.in. przekomarzania, w których Raquel namawiała Carlosa do śpiewania popu czy rocka. Był to niezwykle udany koncert, który w 100% spełnił moje oczekiwania. Zazdrośćcie mi, że Was tam nie było :-)

Carlos do Carmo, Raquel Tavares i towarzyszący im muzycy (źródło zdjęcia tutaj)




niedziela, 29 października 2017

Mauzoleum rodziny Palmela w Lizbonie − największy prywatny grobowiec w Europie na Cemitério dos Prazeres w Lizbonie

Grobowiec rodziny Palmela (źródło zdjęcia tutaj)

Grobowiec rodzinny książąt Palmela, wybudowany w 1849 roku, wyraźnie wyróżnia się na Cemitério dos Prazeres. Jest to największy prywatny budynek cmentarny o przeznaczeniu grobowca w Europie. Należał do rady miejskiej Lizbony od 1997 r., kiedy został przekazany przez inżyniera Manuela de Sousę Holstein Beck, czwartego hrabię Póvoa. Zdecydowanie warto zobaczyć imponujące wymiary grobowca, wyraźne wpływy masońskie i wyjątkowe dzieła sztuki, takie jak jedyna lizbońska rzeźba Antonia Canovy zdobiąca symboliczny grób założyciela mauzoleum (książę Pedro de Sousa Holstein został pochowany w Rzymie), autorstwa braci Teixeira Lopes.
Pedro de Sousa Holstein, książę Palmela (źródło tutaj)
To mauzoleum, w którym złożono ciała 200 członków rodziny Palmela i innych mieszkańców ich domu na przestrzeni lat, np. służby, jest reprodukcją świątyni w formie starożytnej piramidy egipskiej. Wewnątrz groby są zdobione licznymi dziełami sztuki, jest wśród nich kilka posągów znanych rzeźbiarzy.
Budowa grobowca została zamówiona przez I księcia Palmeli, Pedro de Sousa Holstein (urodzonego w Turynie w 1781 roku, a zmarłego w 1850 r. w Lizbonie), portugalskiego polityka i żołnierza o liberalnych poglądach i pomysłach. Mimo iż nie był członkiem, sympatyzował z ezoterycznymi ideałami symbolicznego wolnomularstwa i powierzył projekt mauzoleum architektowi José Cinatti (1808−1879, znanemu masonowi, który urodził się w Sienie, a w 1836 roku osiadł w Lizbonie. Był jednym z najbardziej wówczas znanych scenografów i dekoratorów wnętrz, który dał się poznać także jako malarz i architekt.

Jose Cinatti (źródło zdjęcia tutaj)
W wolnomularstwie liczby 7, 5 i 3 są uważane za doskonałe. Po siedmiu stopniach trzeba się więc wspiąć, by wejść do bramy grobowca, po kolejnych pięciu, by dotrzeć do krypty. Liczba trzy, reprezentująca Trójcę, znajduje się w przednim trójkącie piramidy, za greckim wejściem do mauzoleum. Na jego szczycie znajduje się rzeźba Anioła Dobrej Śmierci trzymającego krzyż i zamkniętą księgę, atrybuty spokoju.

Układ grobowca został zaprojektowany na wzór świątyni Salomona, w której początkujący i uczniowie siedzieli wokół północnego filaru zwanego też kobiecym lub księżycowym (Bohaz), a wtajemniczeni i towarzysze wokół południowego filaru zwanego męskim lub słonecznym (Jakin). W grobowcu rodziny Palmela jest podobnie. Służące kobiety są pochowane po lewej, północnej stronie, a służący mężczyźni po prawej, południowej. Wewnątrz kaplicy, po wschodniej stronie, spoczywa rodzina Palmela reprezentując w ten sposób mistrzów wtajemniczonych. Uważa się, że świątynia Salomona została wybrukowana białymi i czarnymi kamieniami i tutaj również wejście do mauzoleum jest ułożone z kamieni w tych samych kolorach.

Mauzoleum rodziny Palmela znajduje się na Cemitério dos Prazeres na Praça São Bosco. Można go zwiedzać w godz. 10.00−17.00.

Mauzoleum rodziny Palmela w Lizbonie (źródło zdjęcia tutaj)

niedziela, 16 lipca 2017

Koncerty nie tylko fado, noc św. Antoniego i targi książki, czyli o tym, co było najciekawszego w czerwcu w Lizbonie

W Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
Czerwiec w Lizbonie to fantastyczny czas. W tym roku byłem już po raz drugi w Lizbonie właśnie w czerwcu, jednak pierwszy raz w czasie fiesty z okazji dnia św. Antoniego. Dużo się w tym czasie dzieje, a na ulice wylewają tłumy. Nie tylko nocą, ale i w dzień. I o dziwo wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, ludzie tworzyli niesamowitą atmosferę, wystarczyło odrobinę muzyki i od razu wszyscy tańczyli, cieszyli się i obejmowali.
Maria Ana Bobone (fot. Krzysztof Rosenberger)
Muzyczne wydarzenia czerwca to dla mnie jeden z najważniejszych elementów pobytu w Lizbonie, bo zawsze mam niedosyt portugalskiej muzyki, której u nas ciągle jest tak mało (jeśli chodzi o koncerty). Udało mi się być na kliku, na paru nie, bo się pokrywały z innymi. Przez przypadek trafiłem na koncert Marco Oliveiry w kościele św. Antoniego, nie widziałem tego wydarzenia w żadnym programie, a tu taka niespodzianka. Niektórzy z Was pewnie widzieli i słyszeli tego Artystę w Gdańsku na Siesta Festivalu w 2016 roku, mnie jednak tam nie było. Inni z Was będą mogli go usłyszeć w październiku w Sieradzu i Wejherowie. Tymczasem w czerwcu w Lizbonie Marco Oliveira występował kilkakrotnie w różnych miejscach, zawsze ściągając tłumy. Podobnie mogliście słyszeć na wymienionym przed chwilą festiwalu, tym razem w tym roku, Marię Anę Bobone. Okazało się, że to wspaniała Artystka, zdolna i o bardzo ładnym ciekawym głosie. W kościele św. Antoniego dała niesamowity koncert, nie tylko śpiewała – podczas kliku utworów grała też na gitarze. Na co dzień możecie ją usłyszeć w Casa do Fado w Alfamie. Inny koncert odbył się na scenie FNACa w Chiado. Tam swoją najnowszą płytę promował Miguel Araújo. Dotychczas znałem jego twórczość wybiórczo. Wiedziałem, że koncertował z Antóniem Zambujo i Aną Mourą i znałem ich wspólne występy z Youtube, wiedziałem, że napisał kilka utworów dla Any Moury, miałem nawet ulubione jego solowe piosenki. Na żywo jednak pokazała się dla mnie cała klasa tego Artysty, który fenomenalnie śpiewa, gra na banjo i gitarze i bez najmniejszego wysiłku oczarowuje publiczność. Wśród genialnych wykonań pojawił się m.in. utwór Fado Dancado, który znalazł się na ostatniej płycie Any Moury, i którego autorem jest właśnie Araújo.

Miguel Araújo
Gorzej było z koncertami z cyklu Fado no Castelo, a właściwie z biletami na nie. Obowiązywały darmowe wejściówki, które można było odebrać w kasie zamku lub w Muzeum Fado. Chętnych było chyba kilkanaście razy więcej niż miejsc, więc nie wystarczyło stać w kolejce, lecz trzeba było zająć w niej miejsce kilka godzin wcześniej. Mi się nie udało ani razu. Niewielkim, ale jednak pocieszeniem jest to, że występy było też słychać poza murami zamku, można było więc przysiąść przed bramą i słuchać. A było warto. Odbyły się trzy różne koncerty o trzech różnych tematach: Fado & Flamenco, Fado & Chorinho, oraz Fado & Tango. Wokalistami byli odpowiednio Ana Sofia Varela, Marco Rodrigues i Ricardo Ribeiro. Każdemu z koncertów towarzyszył zespół wybitnych muzyków, z Luísem Guerreiro na czele.
Ciekawe były też niektóre koncerty z cyklu Fado & the City, jednak te na których najbardziej mi zależało pokrywały się z innymi wydarzeniami, w których chciałem wziąć udział, więc w sumie za wiele z nich nie skorzystałem. Równie interesujące występy odbywały się na miniaturowej scenie na placu obok dworca Rossio. Niestety nie wiem, kto tam występował (z imienia i nazwiska), a szkoda, bo niektórzy wykonawcy byli naprawdę godni uwagi, przykuwali swoją muzyką i zmuszali do zatrzymania się choć na chwilę. To co prezentowali wpisywało się, najogólniej rzecz ujmując, do nurtu szeroko pojętego world music. Podobni wykonawcy występowali w kafejkach przy Avenida da Liberdade. Tam zawsze można liczyć na jakiś występ, nawet zimą.

83. Feiro do Livro de Lisboa
Z wydarzeń niemuzycznych najważniejsze były oczywiście targi książki, czyli Feira do Livro de Lisboa, które w tym roku, już po raz 83., odbywały się w dniach 1–18 czerwca w Parque Eduardo VII. Uwielbiam spacerować między stoiskami ustawionymi na świeżym powietrzu i oglądać, co oferują swoim czytelnikom tutejsi wydawcy. Zawsze jest to też świetna okazja by porównać, co wydaje się u nas, a co w Portugalii (oni już mają najnowszą Zadie Smith, a my nie), jakich polskich pisarzy się tu wydaje (niewielu), i jakie jest zainteresowanie imprezą. Spore, o czym świadczy fakt, że targi trwają aż 18 dni, a nie tak jak u nas trzy czy cztery.

Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Najważniejszym wydarzeniem czerwca w Lizbonie jest oczywiście noc św. Antoniego i poprzedzająca ją parada czyli Marches Populares. Tego dnia od rana dało się wyczuć poruszenie wśród lizbończyków, pewnego rodzaju podniecenie połączone z oczekiwaniem na ten ważny wieczór. Parada rozpoczęła się o 21.30 mniej więcej pośrodku Avenida da Liberdade. Oczywiście by móc zająć najlepsze miejsca do śledzenia reprezentacji poszczególnych dzielnic Lizbony, które na ten wieczór przygotowują wymyślne stroje, piosenki i układy taneczne, trzeba przyjść dużo dużo wcześniej. Ja i moi towarzysze nie byliśmy na tyle wytrwali i zjawiliśmy się dopiero ok. 21.00. Miejsce znaleźliśmy w okolicach przystanku przy Praça dos Restauradores, w pobliżu Palácio Foz. Nie było to zbyt dobre miejsce. Pierwsza reprezentacja dzielnic, nawet nie pamiętam już która (wygrała jak prawie co roku Alfama), pojawiła się tutaj dopiero koło 22.00, następna za pół godziny i tak dalej, tak więc głównie czekaliśmy. A że czekać nie lubimy, wkrótce postanowiliśmy wyruszyć, by świętować noc św. Antoniego razem z lizbończykami i setkami turystów, którzy specjalnie na tę okazję przybyli do stolicy Portugalii. Skierowaliśmy się do Alfamy zahaczając o zamek. Co tam się działo! Ulice pełne były wesołych, tańczących i śpiewających tłumów spowitych zapachami grillowanych sardynek i unoszących się z grillów dymów. Dominowała radosna atmosfera, nieznajomi poznawali się w tańcu, wspólnie pili sangrię lub piwo i zostawali przyjaciółmi. I my po drodze wychyliliśmy kilka porcji stosownych trunków, zjedliśmy sardynki, potańczyliśmy i pośpiewaliśmy (bo muzyka była różna, także ta którą znaliśmy, np. Desfado Any Moury czy Meu Amorde de Longe Raquel Tavares. Wspaniała noc, Jak się okazało nie ostatnia, bo następnej było podobnie, i jeszcze następnej też. Polecam ten okres w Lizbonie, nawet nieimprezowicze jak ja nie będą żałować ;-).

Noc św. Antoniego w Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
A co jeszcze w Lizbonie? Dużo się zmienia, choć jeśli ktoś jest tutaj przynajmniej raz w roku, zmiany te nie rzucają się tak bardzo w oczy. Sporo się remontuje i odnawia, co cieszy. Wiele miejsc jest ciągle rozkopanych, jak choćby tereny przy Casa dos Bicos i dalej wzdłuż Rua da Alfândega, wiele prac już zakończono i teraz cieszą oczy. Cieszę się, że Lizbona się zmienia na lepsze. Są też zmiany na gorsze, np. coraz więcej turystów, także z Polski. Muszę to napisać, i pewnie nie dotyczy to czytelników tego bloga (taka mam przynajmniej nadzieję), ale turyści z Polski to osoby, których w Lizbonie staram się unikać, bo często się ich wstydzę. Są krzykliwi, roszczeniowi i konfliktowi, takie mam przynajmniej spostrzeżenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy, może nawet nie większość, jednak Ci którzy tacy są najbardziej rzucają się w oczy i wystawiają nam świadectwo...
By jednak nie kończyć tego posta zbyt posępnie, dodam że Pastel de Nata i bica rekompensują wszystko. Właściwie już dla samej portugalskiej kawy warto przyjechać do tego pięknego kraju. A przecież jest jeszcze cała kuchnia portugalska, wspaniałe zupy, pyszne ryby i owoce morza i nieziemskie w smaku desery. I saudade, które już kiedyś we mnie utknęło, i tak trwa i trwa...


W noc św. Antoniego gdzieś w okolicy zamku (filmował Krzysztof Rosenberger)

Pewnej czerwcowej nocy na Portas do Sol (filmował Krzysztof Rosenberger)


Marco Oliveira z zespołem (fot. Krzysztof Rosenberger)
83. Feiro do Livro de Lisboa (fot. Krzysztof Rosenberger)
83. Feiro do Livro de Lisboa (fot. Krzysztof Rosenberger) 
W Alfamie (fot. Krzysztof Rosenberger)
Maria Ana Bobone z zespołem (fot. Krzysztof Rosenberger)
W oczekiwaniu na paradę
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marches Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
Marchas Populares (fot. Krzysztof Rosenberger)
W Alfamie

83. Feiro do Livro de Lisboa
83. Feiro do Livro de Lisboa
W Alfamie 
W Alfamie

W Alfamie

W oczekiwaniu na paradę

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)

Noc św. Antoniego (fot. Krzysztof Rosenberger)